Biorąc pod uwagę różnorodność łowisk, gatunki poławianych ryb i zmienne warunki spinningowania, moją bezapelacyjnie najlepszą kwietniową przynętą zwykle okazuje się obrotówka. Myślę, że o jej skuteczności w tym okresie decydują w głównej mierze sposób pobierania pokarmu przez ryby oraz mała przejrzystość wody. Moja przygoda z obrotówkami zaczęła się na Mazowszu – w wodach Wisły i Świdra, oraz pobliskich stawach, łachach i starorzeczach – nieco ponad czterdzieści lat temu. Dostałem wtedy od ojca dwie blachy. Jedna była złota i miała okrągłe skrzydełko, a druga srebrna z wąską paletką. Takie pojęcia, jak: kąt wirowania, kolory paletek czy chwosty na kotwiczkach nikogo wtedy nie obchodziły. Wirówki – bo tak je wtedy nazywano – miały po prostu wirować. Ich rozmiary były słuszne; można je porównać do dzisiejszej trójki, ponieważ tylko taką przynętę dało się zarzucić grubą żyłką o średnicy 0,30 mm. Przynęt się nie zrywało, bo na takim powrozie na zaczepach rozginały się druciane kotwice. W najgorszym razie nurkowało się po bezcenny przedmiot. Kto miał obrotówki, ten łowił ryby – były to przeważnie rzeczne i stawowe szczupaki i okonie, ale trafiały się też klenie. Sezon spinningowy rozpoczynałem zazwyczaj w połowie kwietnia, gdy Wisła i jej dopływy zaczynały wracać do koryta. Brzegi się już zieleniły, a na wierzbach widać było pierwsze listki. Budząca się po zimie przyroda sprawia, że do wody trafia coraz więcej larw owadów, chrząszczy i innego robactwa, które niesione z prądem wody zjadane są chętnie przez ryby. Często obserwuję wtedy na powierzchni wody liczne spławy.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze