Nowy rok kieruje myśl lotną ku przyszłości. Jaki będzie? A kolejne? Przewidywania takie bezpieczniej jest lokować w przyszłości dalszej. Ta bliższa to z jednej strony łatwizna, a z drugiej życie proroctwa w krótkim czasie zweryfikuje. Przywołam tu autorytet chyba niekwestionowany. „Nie wiem, jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na maczugi”. To Albert Einstein… Zatem jaka będzie ta nasza przyszłość? Taka, jakie „młodzieży chowanie”! Cytat pochodzi z roku tysiąc sześćsetnego, stąd staropolskie „chowanie” trzeba zastąpić współczesnym „edukacja”. W szkole wykuwa się dzień jutrzejszy…
Jeśli Szanowny Czytelnik jest z tematem „edukacja” na bieżąco, to nie będzie zaskoczony tym, co za chwilę napiszę. A będzie o jednym, za to kluczowym zjawisku. Rośnie pokolenie jednokomórkowców. Oczywiście są wyjątki i w nich można pokładać jakąś nadzieję, ale w swojej masie uczeń współczesny wykorzystuje w „procesie dydaktycznym” jedną komórkę… Nie muszę dodawać, że nie jest to komórka mózgowa. Te są zazwyczaj wyłączone. Jeśli nie rutynowo, to na wezwanie nauczyciela – proszę wyłączyć komórki!
Dokąd nas to prowadzi? Jeśli miałbym użyć przenośni, to nasuwa się bieg lemingów w kierunku morza. Komórki nie działają same z siebie, potrzebna jest armia wybitnych specjalistów, by ten coraz bardziej skomplikowany system utrzymać i rozwijać. I nie tylko ten! Czy obecny „model” edukacji jednokomórkowej będzie w stanie ich „produkować” w wystarczającej ilości? Chyba, że sprawę wezmą w swoje „ręce” roboty i komputery… Jeśli nie, to pewnego pięknego dnia ludzkość obudzi się w świecie „wojny na maczugi”. Kiedy to nastąpi? Nie wiem, może wcześniej jednak trzecia wojna światowa?
Wróćmy na chwilę do roku, który się kończy. W nawiązaniu do pięknego wigilijnego zwyczaju stawiania na stole pustego talerz dla zbłąkanego wędrowca. W ostatnich dwóch latach mamy aż dwie wizyty nieoczekiwanych gości. Jeden niewidoczny, ale zbierający obfite żniwo. Jak długo? Jeśli ktoś mówi, że cokolwiek „w tym temacie” wie, to kłamie! W drugim przypadku sprawa jest prostsza o tyle, że „goście” są nazbyt dobrze widoczni.
To czemu ich nie zapraszamy, nie sadzamy przy wigilijnym stole? Jest jeden szkopuł. Jeśli ktoś nam rzuca kamieniem w okno i kopie w drzwi domagając się uszanowania tradycyjnej polskiej gościnności, to jednak pewne obawy są chyba uzasadnione? Chyba, bo są wcale liczni miłośnicy ortodoksyjnego podejścia do staropolskiego „gość w dom, Bóg w dom”, którzy problemu zachowania kandydatów do posadzenia przy wspólnym stole kompletnie nie widzą. Bo i czego się tu bać, skoro po drugiej stronie granicy stoją matki z małymi dziećmi, kobiety w ciąży, ludzie wymagający natychmiastowej pomocy medycznej? A ci młodzi, zdrowi faceci, którzy im towarzyszą, to tylko statyści. Początkujący aktorzy do trzymania halabardy…
Czego życzę Szanownym Czytelnikom w tym nowym dwa tysiące dwudziestym drugim roku? By przetrwali go w dobrym zdrowiu. Życzę tego zarówno wierzącym w koronawirusa, jak i „nie podzielającym tej wiary” (tak, to preambuła naszej zapomnianej już nieco konstytucji)!
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze