Minister Gowin z wielkim zapałem przygotował reformę systemu nauki i szkolnictwa wyższego w ramach projektu „dobra zmiana”. To są epokowe zmiany znoszące starą, jeszcze średniowieczną, autonomię uniwersytetów. Rektora będą wybierać ludzie spoza uczelni, zlikwidowane zostaną rady wydziałów, które zatwierdzały prace dyplomowe, teraz będzie to robił senat, czyli na przykład fizycy będą decydować o habilitacji historyka, a recenzenci prac będą losowani. Przeciwko tym cudacznym zmianom zaprotestowali studenci i pracownicy naukowi w całej Polsce. Znowu jest atmosfera jak za dawnych lat, samoorganizują się przeciw władzy środowiska naukowe. Pan Gowin strajk ma sobie za nic, bowiem uznał, że ma charakter „polityczny”, czyli że jest sterowany przez zakonspirowanych wśród studentów polityków niegdyś przyjaznych, aktualnie wrogich panu Gowinowi, który przecież z taką łatwością rozstał się z nimi. Zapytajmy zatem, po co pan Gowin przeprowadza tę reformę i co o niej sądzą uczeni, którzy na co dzień zmagają się z rzeczywistością akademicką. Reforma jest próbą odpowiedzi na kryzys nauczania wyższego, który jest pochodną ogólnego kryzysu oświaty, a właściwie jej permanentnego demokratyzowania od mniej więcej roku 2000, czyli tzw. wyrównywania szans, w rezultacie czego na uczelnie wyższe trafiło tak wielu niezdolnych do studiowania młodych ludzi z wyrównanymi szansami, że dziś na gwałt trzeba reformować uczelnie, bo ludzi już się zreformować nie da.
Za to oczywiście odpowiedzialni są wszyscy rządzący Polską od 1998 roku spadkobiercy ideałów Wielkiej „Solidarności”, a szczególnie ci, którzy występowali pod szyldem Akcji Wyborczej Solidarność oraz nieskazitelni intelektualiści z Unii Wolności, o których do dziś złego słowa powiedzieć nie wolno. To oni zaaplikowali naszemu młodemu państwu reformę oświaty, która tak bardzo zepsuła uczelnie, kierując na nie tabuny niezdolnej do studiowania młodzieży, jeżeli pod pojęciem studiowania rozumiemy intensywną naukę, uczestniczenie w wykładach, notowanie, czytanie książek, pisanie prac dyplomowych. Bardzo szybko środowisko akademickie zorientowało się, że coś jest nie tak, że jakiś dziwny typ człowieka trafia na studia, człowieka, który ma wstręt do uczenia się, do rozwijania swoich zainteresowań, których zresztą często po prostu nie ma. Zmienić dramatycznej sytuacji nie dały rady ani powoływane naprędce zajęcia wyrównawcze, ani reformy systemu oświaty.
Nie dały rady, ponieważ nie były nigdy nastawione na zrozumienie i zmianę złej sytuacji, tylko na realizację wytycznych naszych pryncypałów z Unii Europejskiej, którzy chcieli, żeby u nas było tak jak u nich (nazywa się to strategią bolońską). Ciągłe reformy programowe w szkolnictwie średnim, zmiany w egzaminach maturalnych nic już nie zdołały naprawić, częściej nawet psuły, także reformy pana Gowina przyjęte zostały teraz przez środowiska akademickie jak leczenie groźnej choroby trucizną, bowiem likwidując autonomię uczelni, czynią ją zależną od sił zewnętrznych, a narzucona z góry partyjna kontrola (czuć w tym rękę drugiego Jarosława) bierze pod dygnitarski but już nawet uprawianie nauki. Oby strajkującym, jak za dawnych lat, nie zabrakło determinacji, by ratować uczelnie przed podporządkowaniem ich jedynie słusznej polityce partii.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze