Pytania (raczej) bez odpowiedzi
Ludzie zadają pytanie, dlaczego Jarosław Kaczyński nie wstał w katedrze gnieźnieńskiej na wejście Prezydenta Rzeczypospolitej podczas uroczystości 1050-lecia chrztu Polski. Inni wstali, jak przystało na ludzi kulturalnych. Czyżby pan Jarosław czuł się zwolniony z obowiązku okazywania szacunku najwyższemu urzędowi Rzeczypospolitej? Niewybredne media, a nawet niektórzy politycy koalicji taką możliwość sugerowali na krótko przed uroczystościami jubileuszowymi. Mnie się jednak wydaje, że pan Prezes przysiadł z wrażenia, kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma w jego pobliżu tych wszystkich byłych Prezydentów, Premierów, Marszałków Sejmu i Senatu III RP, których obecność w tym miejscu o tej porze była tak bardzo pożądana, bo mogła stanowić zapowiedź szukania jedności w podzielonym społeczeństwie, a lepszą okazję do tego trudno będzie znaleźć. Czyżby odmówili przybycia na tak ważną uroczystość kościelno-państwową, czy nie zostali tam w ogóle zaproszeni i przez to ta zamieniła się w lokalne spotkanie jednej frakcji politycznej? Prezes mógł się poczuć bardzo osamotniony i może stąd ta niedyspozycja.
No cóż, czasy trudne, pytań ludzie zadają coraz więcej. Na przykład niektórzy jeszcze mają odwagę pytać, dlaczego papież Franciszek zwozi do Watykanu wyznawców wrogiej chrześcijaństwu religii islamskiej, której przedstawiciele pokazują od dawna Europejczykom, w jakim mają ich poważaniu, mimo że ci od dziesiątków lat ustępują im miejsca w swoich pięknych ojczyznach, które oni od wieków na różne sposoby usiłowali podbić. Czyżby tym gestem Papież chciał przełamać opór państw Europy Środkowo-Wschodniej przed podzieleniem losu zachodniej i północnej części kontynentu, w tak dużym stopniu skolonizowanej już przez muzułmanów. Ten desperacki krok, tak chwalony przez Martina Schulza, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, świadczy o tym, że straszne zamachy dokonane przez wyznawców Proroka w Paryżu i Brukseli oraz zapowiedź kolejnych nie stanowią dla najwyższej władzy kościelnej i państwowej bodźca do powstrzymania zalewu Europy przez tak radykalnie odmienny żywioł kulturowy. Czyżby realizacja utopijnej misji przekształcenia kontynentu w multikulturowy twór miała być ważniejsza od troski o nasze bezpieczeństwo, nawet dla samego Papieża?
Pytania zadają sobie także polscy nauczyciele. Mija bowiem już pół roku rządów nowej władzy, a tu nic nie słychać o kierunkach tak głośno zapowiadanych zmian edukacyjnych. Koniec roku szkolnego za pasem i nie wiadomo, co kogo czeka po wakacjach. Dziwne to o tyle, że nowa koalicja miała aż osiem lat na przemyślenie sytuacji oświaty i szybkie wprowadzenie w życie pożytecznych rozwiązań, na które tak wielu czekało. Tymczasem poza rozwiązaniami czysto kosmetycznymi (likwidacja tzw. „godzin karcianych”) nic szczególnego nie zaistniało, co miałoby radykalnie podnieść polską oświatę z upadku, w jaki ją wtrąciły rządy w ostatnim ćwierćwieczu. Warto też zadać pytanie, czy nowa koalicja myśli o podniesieniu rangi zawodu nauczyciela. Bo trzeba wiedzieć, że pierwszym warunkiem dobrej oświaty jest najlepszy z możliwych nauczyciel, inne warunki są tylko pochodną tego. W tej kwestii solidarnie w zasadzie milczą wszyscy rządzący przez 27 lat III RP. I tak pewnie pozostanie nadal.
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze