Reklama

Felieton - Wiesław Kopeć

06/10/2015 08:28

Ministerstwo zaopatrzenia sklepików szkolnych

Ach, jakie my mamy szczęście do ministrów oświaty. Od 10 lat kolejne ekipy na początku urzędowania dawały czytelny sygnał, że na tym resorcie im nie zależy. Mógł być ministrem edukacji adwokat, mogła być nauczycielka matematyki (nawet dwie, ale nie podniosło to poziomu zdawalności przedmiotu na maturze), może nim być wreszcie przeciętna dziennikarka. Po prostu w 37-milionowym społeczeństwie nie ma na to stanowisko odpowiednich ludzi. Nawet gdyby byli, nikt ich nie potrzebuje, bo kształt edukacji od dwóch dekad dyktują czynniki zewnętrzne, nakazujące przykrojenie nas do standardów mentalnych Europy Zachodniej poprzez wdrożenie tzw. strategii bolońskiej (krótkie cykle edukacyjne, minimalizacja i szczegółowa standaryzacja wymagań, dopasowanie mentalne człowieka do wymagań poprawności politycznej, edukacja na punkty, testy, powierzchowne zakorzenienie w kulturze). O tym, że w związku z tym minister oświaty nic nie może, świadczą nominacje na to stanowisko. Najlepiej jak urząd trafi w ręce jakiejś paniusi, która wie, ile zawdzięcza swoim pryncypałom. Podporządkowana administruje oświatą, heroicznie prężąc muskuły w sprawach, które co najwyżej zakrawają na śmieszność.
Pani Kluzik-Rostkowska, najodpowiedniejsza w obecnej ekipie osoba do tej roli, po zrealizowaniu zaleceń pryncypałów brukselskich odnośnie sześciolatków, zabrała się za reformę sklepików szkolnych. Najpierw usunęła z nich wszystko, co smaczne, by teraz po wyczerpującej debacie z ministrem zdrowia ogłosić triumfalnie powrót drożdżówek, a w niedalekiej przyszłości może i kawy. Będzie wolno też chyba solić ziemniaki w szkolnych stołówkach. Po tych negocjacjach wyraźnie zadowolona z siebie specjalistka od nauczania powiedziała coś „w cudzysłowiu”, a następnie z charakterystyczną głupkowatą pewnością siebie skonstatowała, że jednak „ministerstwo zdrowia poszło bardzo rygorystycznie”. Cokolwiek by to miało znaczyć, pani minister szczyci się, że naprawiła błędy systemu szkolnego i dziatwa będzie zadowolona. Teraz MEN pod wodzą kompetentnej szefowej może zająć się wypiekiem i spedycją „drożdżówek szkolnych”.
Można się śmiać, bo śmiejemy się od dziesięciu lat, patrząc na to, co wyprawia się w oświacie. Efekty działań reformatorskich w polskiej szkole najlepiej znają profesorowie wyższych uczelni. Żadna politechnika nie zaczyna kształcenia wyższego inaczej niż od zajęć wyrównawczych. Wobec tych faktów rodzi się pytanie, czy szykująca się do rządzenia ekipa ma jakiś pomysł na szkołę? Lektura programu PiS-u (na stronie internetowej partii) napawa lekką nadzieją. Jest tam sformułowana świadomość zniszczeń i prawidłowo określony kierunek pożądanych zmian. Jeśli PiS znajdzie pomysł, jak trafną refleksję o ryzykownym „koncentrowaniu edukacji na kształtowaniu umiejętności rozwiązywania testów, co w praktyce uniemożliwia w umysłach dzieci i młodzieży utrwalanie obrazu polskiej historii, literatury i współczesnego życia społecznego”, przekuć na praktyczne rozwiązania (dobre podręczniki, nowe formuły oczekiwań i metody uczenia, nowe zasady rekrutacji na uczelnie wyższe), to jest szansa na odwrócenie złych tendencji. Czekamy zatem na wybory i nominację na ministra oświaty. Miejmy nadzieję, że stanowisko nie dostanie się kolejnej panience z okienka, tylko komuś, kto rozumie potrzebę zmian i wie, jak je wcielić w życie.

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości