(Nie) wiara Polaków
Fiodor Dostojewski w „Braciach Karamazow” uchwycił moment w duchowych dziejach Rosji, w którym naród znalazł się na krawędzi, a jego świadomość zaczęły przenikać idee „europejskie”. W powieści reprezentuje je liberał, wolnomyśliciel i ateista Iwan, a jego uczniem jest niejaki Smierdiakow, który uwierzył w ideę, że „jeśli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone” i wcielił ją w życie. Ostatnie badania CBOS-u na temat religijności Polaków pokazują, że do mentalności Iwana-Smierdiakowa zbliża się coraz więcej rodaków, a ideowe spory rodem z Dostojewskiego o to, czy Bóg jest oraz czy istnieje nieśmiertelność, mogą i u nas znaleźć wkrótce rozstrzygnięcie jednoznaczne. Kościół słabnie, maleje ilość wierzących i praktykujących, najszybciej wśród młodzieży, a treści wierzeń Polaków są tak różnorodne, że odsetek prawdziwie wierzących, bez herezji, okultyzmu, parapsychologii czy elementów religii dalekowschodnich jest naprawdę niewielki.
Nie jest żadną tajemnicą, że to zastraszające tempo sekularyzacji naszego społeczeństwa zainicjowała transformacja z socjalizmu do kapitalizmu, wzmocniło ją wejście do Unii Europejskiej, a dopełniły procesy modernizacji oświaty i kultury pod dyktando obcych nam standardów europejskich. A miało być tak cudownie. Kościół, który wspierał procesy integracyjne, nie tylko nie ostrzegał przed zagrożeniami ze strony Zachodu, ale wprost przejawiał naiwną nadzieję na ewangelizację tamtego świata. Ten niepoprawny optymizm nie dość że się nie sprawdził, to uśpił także zdolność rzeczywistego rozpoznania problemów, stąd niemożność wypracowania do dziś jakiegoś skutecznego programu wychowawczego dla młodego pokolenia, który strzegłby je przed całkowitym zatraceniem w libertyńskiej mentalności sączącej się z tego niby-lepszego świata.
Upada wiara Polaków, wraz z nią zmienia się moralność, która w młodym pokoleniu traci motywację religijną, stając się po prostu „kwestią sumienia”, czyli przybiera kształt subiektywny i relatywny. Z taką moralnością rozprawił się już w V wieku przed naszą erą Sokrates, ale skąd mielibyśmy o tym wiedzieć, skoro w szkole nie ma ani filozofii, ani etyki, a wszyscy na tę nieobecność się zgadzamy. Nie ma też logiki, czyli w zasadzie brakuje fundamentalnych dziedzin, które odpowiadają za poziom naszego myślenia. A ten wraz ze wzrostem tzw. „wykształcenia” coraz bardziej prymitywnieje. Stąd przeciętny Polak popiera na przykład in vitro, ale nie zadaje sobie pytań, w jaki sposób i jakim kosztem się ten proces odbywa. Widzi korzystny efekt finalny i nic więcej go nie obchodzi. Podobnie jest z aborcją, „pigułką”, gender (tu nie bardzo wiadomo, o co chodzi), itp. Zwycięża kurs na myślenie praktyczne, konkretne, „życiowe”. Bóg w tym kursie z ambitnym programem moralnym i metafizycznym tylko przeszkadza. Brak solidnej edukacji humanistycznej (także w szkołach tak elitarnych jak licea), na który wszyscy się zgodzili, sprawia, że młody człowiek pozbawiony porządnej świeckiej strawy duchowej (literatury, filozofii, historii) nie sięgnie także po tę religijną. Aż strach żyć w takim buraczejącym społeczeństwie. Gdzie są jego elity, gdzie są przewodnicy duchowi? Jaki mają program? „Taniec na lodzie”?, „Taniec z gwiazdami”?, „Orszak Trzech Króli”?, „Holy Wins”? Czy to na pewno wystarczy?
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze