Proszę Państwa, możemy spać spokojnie. Wyjątkowo barbarzyński akt ludobójstwa w Manchesterze to tylko „incydent” terrorystyczny, żaden wielki, poważny zamach. Dopuścił się go „miły i kochający chłopiec”, przy tym rodowity Brytyjczyk, a nie jakiś zionący nienawiścią do cywilizacji zachodniej muzułmanin urodzony w Libii albo w Syrii. Kto by zatem twierdził przy okazji tego „incydentu”, że nie możemy przyjmować imigrantów dopóty, dopóki nie będziemy umieli odróżniać ich od terrorystów, sieje mowę nienawiści. Co prawda imię i nazwisko posądzonego o „incydent” brzmi odrobinę zbyt egzotycznie, jak na nasze europejskie pojęcia, bo to żaden John, James, czy Stuart, tylko Salman, a jego tatuś o imieniu Ramadan mieszka aktualnie w Libii, ale to przecież drobiazg, który nie powinien zmącić naszego dobrego samopoczucia i wiary w skuteczność idei budowy wielokulturowego społeczeństwa na fundamencie zasad tolerancji, które tak cenimy.
Nie może nam też zepsuć humoru fakt, że ów „tatuś” Salmana przybył z Libii do Wielkiej Brytanii w roku 1993 w charakterze uchodźcy, tutaj spłodził swojego „miłego i kochającego” synka, który w ubiegłym tygodniu tak oryginalnie się odwdzięczył swojej ojczyźnie za okazane jego rodzinie serce, odbywając wcześniej dosyć oryginalne tournée po krajach Bliskiego Wschodu, co nie zaostrzyło czujności brytyjskich służb, kiedy wracał do swej ukochanej ojczyzny. Może dlatego, że był „miły i kochający”, a może dlatego, że „Brytyjczyk”. Nie może także podkopać w nas wiary w multikulturowość fakt, że żadna społeczność narodowo bliska „miłemu chłopcu” w Wielkiej Brytanii, w Unii Europejskiej czy na szerokim świecie, ani żaden z przywódców tych społeczności nie potępili czynu popełnionego przez „miłego i kochającego” Salmana. Bo to przecież nie ich sprawa, ponieważ oni wszyscy akurat nie są z tych, „co wysadzają się w powietrze wśród niewinnych” albo przyzwalają na podobne „incydenty”.
A skoro mówią, że nie wysadzają, to trzeba im wierzyć na ślepo i się nie odzywać, bo inaczej będzie „mowa nienawiści”. A tropicieli „mowy nienawiści” mamy już i w naszym społeczeństwie zainstalowanych sporo. Podnoszą ostatnio coraz odważniej głos i ślą pozwy do prokuratury albo do „komisji etyki”, jak tylko usłyszą, że ktokolwiek ma trudności z odróżnianiem imigranta od terrorysty. Nie ma dla nich znaczenia, że mają te trudności nawet brytyjskie, belgijskie czy francuskie służby. Nawet takie wydarzenia jak te w Paryżu, Brukseli, Londynie, Manchesterze, nie zmieniają ich podejścia do problemu. Wiara w dogmat multikulturowości jest tak potężna, że przechodzi do porządku nad takimi zdarzeniami i wpisuje je po prostu w naszą codzienność. Kto się nie przyzwyczaił, ma problem. Czy nie dziwne, że po każdym takim „incydencie” żałoba trwa jakby nieco krócej? Tym razem na portalach internetowych już po 24 godzinach było posprzątane. Przecież większego problemu nie ma. To jest tylko nowy model codzienności, do którego z pewnością i my się wkrótce przyzwyczaimy.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze