Ruszył Mundial. Bez nas. Są takie zespoły jak Kostaryka (sprawiła „bęcki” Urugwajowi), Honduras, Australia, Iran, Bośnia i Hercegowina… A czemu nie Polska? Cóż, wystarczy porównać pierwszy lepszy mecz Mundialu z naszym ligowym. Dla amatorów nie ma miejsca w elicie! Zostawmy piłkę. Amatorszczyzna atakuje ze wszystkich stron. Może to i dobrze? Nie wszyscy Polacy są kibicami. Toteż dla tych, co sportem się nie pasjonują, „elity” polityczne zafundowały spektakl konkurencyjny dla Mundialu. Klient nasz pan! Mamy aferę podsłuchową! Czemu porównuję te dwa zjawiska? Jak wspomniałem wyżej, amatorszczyzna… Tę futbolową obnażyły eliminacje, dziadowskie państwo — publikacja prasowa i to, co nastąpiło po niej. Treść rozmów panów polityków specjalnym zaskoczeniem nie jest. „Dil” między prezesem NBP, a ministrem spraw wewnętrznych? Próba „ukręcenia łba” kontroli skarbowej? Figurant bez pojęcia o sprawach gospodarczych jako prezes firmy — przykrywki dla dziwnych interesów? Wirtualny byt pod nazwą Polskie Inwestycje Rozwojowe, tak szumnie reklamowany w drugim expose premiera? Umowa na budowę gazoportu, pozwalająca wykonawcy na bezkarne opóźnienia i partacką robotę? Kogo to może zadziwić?
Pozostaje otoczka całego procederu. Profesjonalizm instytucji i funkcjonariuszy państwa. Ktoś bez przeszkód podsłuchuje ministra spraw wewnętrznych. Człowieka nadzorującego służby odpowiedzialne za to, by taka sytuacja nie mogła się wydarzyć. I w takim państwie „zwykły obywatel” może czuć się bezpiecznie choćby w minimalnym stopniu? Jakby tego było mało, „fachowcy” z prokuratury i specsłużb wkraczają do redakcji pisma, które ten „profesjonalizm” odważyło się pokazać szerokiej publiczności. Domagają się wydania „dowodów przestępstwa” polegającego na dokonaniu nielegalnych nagrań. Przebiegu tej „wizyty” nie będę opisywał, bo wszyscy widzieli… I nie tylko w kraju. Zobaczył to świat, który nas „podziwia”, czego najlepszym dowodem była wizyta prezydenta największego mocarstwa na obchodach ćwierćwiecza odzyskania „wolności” (cudzysłów w kontekście wydarzeń w redakcji jednego z „wolnych mediów” wydaje się niezbędny). Jakich „dowodów” panowie szukali? Tych nagrań nie dokonano wszak na laptopie, którego bezskutecznie próbowano pozbawić redaktora naczelnego pisma. A „pluskwy” redakcja nie posiada. A jeśli, jak z rozbrajającą szczerością stwierdził jeden z prokuratorów, na podstawie materiałów będących w posiadaniu redakcji próbowano ustalić ich pochodzenie, to jak to się ma do obowiązku ochrony źródła informacji, ciążącym na dziennikarzach?
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze