Na jednym z portali pojawiło się intrygujące pytanie: kto przejmie elektorat lewicy? I od razu nasunęła się wątpliwość. Czy warto się zajmować tematem? Spróbujmy… Po pierwsze, w samym sformułowaniu problemu kryje się sugestia, że lewica przechodzi do historii. Taka nieubłagana konieczność dziejowa! Faktycznie, jak prześledzimy historię dwudziestu sześciu już lat „naszej wolności”, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich jedenastu, obraz dla tej formacji rysuje się w barwach mało optymistycznych. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że pod terminem „lewica” kryje się w zasadzie formacja utworzona przez prominentnych działaczy PZPR. Próby zbudowania lewicy niepostkomunistycznej, poza epizodami – Unia Pracy, Ruch Palikota, nie przyniosły żadnych trwałych efektów. Mamy zatem na scenie politycznej lewicę, której głównym spoiwem jest zaangażowanie, bezpośrednie bądź tylko emocjonalne w peerelowski system władzy oraz ideologię. W wyniku transakcji w Magdalence formacja ta oddała władzę w zamian za gwarancję bezpieczeństwa i ochrony swoich interesów. Mogła zatem w spokoju budować pozycję na scenie politycznej i w biznesie.
Skupmy się na pierwszej sferze. Już po kilku latach od pamiętnego czwartego czerwca postkomuniści wygrywają wybory i przejmują władzę. Hossa trwa do roku 2005, kiedy to następuje załamanie, po którym już nie udało się odbudować dawnej potęgi, zakończone (?) katastrofą w ubiegłorocznych wyborach. Co się stało? Cóż, w demokracji oprócz pieniędzy i innych atrybutów władzy do odnoszenia sukcesów niezbędny jest jeden, najważniejszy czynnik. Elektorat! A ten się dla lewicy postkomunistycznej nieustannie kurczy. Takie są nieubłagane prawa dziejowe i demograficzne. Wymierają pokolenia ludzi uwikłanych w taki czy inny sposób w peerel. Nie następuje naturalny proces zastępowania odchodzących przez młodych. Tymczasem konkurencja nie śpi. Tradycyjne postulaty lewicy, o charakterze ekonomiczno – socjalnym mają w swych programach w zasadzie wszystkie duże partie obecne na scenie politycznej, która dzieli się, jak twierdzi zatwardziały liberał Janusz Korwin – Mikke, na socjalistów pobożnych (między innymi formacja obecnie rządząca), oraz bezbożnych (ekipa, która właśnie władzę oddała). Pozostaje zatem sfera światopoglądowa. Stąd poszukiwanie „elektoratu zastępczego”. Rola Kościoła w życiu publicznym, „prawa mniejszości”, rozmaite postępowe rozwiązania w sprawach obyczajowych i społecznych, z poszerzeniem znaczenia terminu „małżeństwo” na czele… Niestety, w naszym dość odpornym na różne nowinki narodzie efekty są, jak na razie, mizerne!
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze