To nie mój patent, ale powtórzę. Przez osiem lat krytykowałem na tych łamach poczynania władzy, teraz czas się zabrać za opozycję… A opozycja nasza jakaś oszczędna jest. Nie to, co poprzednia ekipa rządząca, która w krótkim czasie podwoiła zadłużenie naszego pięknego kraju, windując je do imponującej kwoty biliona złotych z okładem! Teraz słyszymy pełne zatroskania ostrzeżenia, że realizując obietnice wyborcze, obecna władza doprowadzi finanse państwa do ruiny w tempie ekspresowym. Cóż, wypada się tylko cieszyć, że jakieś wnioski z własnych doświadczeń zostały wyciągnięte. Na naukę nigdy nie jest za późno…
Przejdźmy zatem do planów rządu. W expose zakreślone zostały dwa priorytety: rozwój (po trzykroć!) i walka z biedą. A jakich narzędzi zamierza rząd użyć, by te ambitne cele w nieodległej perspektywie czasowej osiągnąć? Od kiedy Fenicjanie wynaleźli pieniądze, to pytanie wydaje się być retoryczne. Sprawa jest prosta. Trzeba dosypać z budżetowego worka! Jeśli ktoś zada sobie trud prześledzenia całego wystąpienia, to łatwo stwierdzi, że jest to w zasadzie recepta na wszelkie trudności i niedomagania. Taki lek na wszystkie choroby musi budzić wątpliwości. Czy będzie skuteczny? Czy chociaż zadziała jak placebo, co poprawiłoby samopoczucie obywateli? Przynajmniej na jakiś czas… Weźmy choćby sztandarowy pomysł rządu: pięćset złotych na dziecko. Poprzednia ekipa chwali się, ile to żłobków i przedszkoli powstało na przestrzeni ostatnich ośmiu lat. Rzeczywiście, dokonania są oszałamiające, zwłaszcza jeśli wyrazimy je w procentowej relacji do okresu poprzedniego. I co? I nic! Dzieci jak nie było, tak nie ma! To skąd wiemy, czy pięć stów okaże się wystarczającym argumentem dla powiększania rodziny? Jak dotychczas znamy tylko jeden instrument działający na prokreacyjną efektywność rodaków. Wyjazd do Anglii albo Irlandii! Ale zrozumiałe jest, że tego pomysłu szefowa rządu nie mogła reklamować w expose…
To może chociaż bilion złotych na inwestycje sprawi, że zaczniemy w tempie Usaina Bolta gonić najbardziej rozwinięte gospodarki świata? Gdybym miał użyć demagogicznego, ale dość przekonująco wyglądającego argumentu, to jest on dobrze znany i brzmi tak: gdyby bogactwo kraju zależało od ilości pieniędzy wypuszczonych na rynek, to nie byłoby w ogóle krajów biednych. Na maszynę drukarską stać każdy rząd… Oczywiście to demagogia, ale nie do końca. Klucz do rozwoju gospodarczego tkwi w ludzkich głowach, a nie w portfelach. I nie da się pierwszego czynnika zastąpić drugim…
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze