Wprawdzie ten numer Tygodnika trafi do Szanownych Czytelników po wyborach, ale piszę go jeszcze przed opublikowaniem ostatnich, zatem najbardziej wiarygodnych sondaży. Mogę więc poświęcić te parę linijek na refleksje nad kampanią wyborczą. Pewnie czeka nas druga tura, ale niektóre tematy trzeba poruszać dziś, bo za chwilę będą nieaktualne. Przed pojedynkiem dwóch przedstawicieli „establiszmentu” dyskusja o głębszych zmianach modelu państwa nie ma sensu. Oto podczas telewizyjnej debaty starli się niedoszli sojusznicy, zwolennicy takich zmian właśnie. Padł zarzut, słuszny zresztą, jak pisałem przed paroma miesiącami, o bezsensowność walki o jednomandatowe okręgi wyborcze jako sposób na dominację elit partyjnych w polityce. „Oddanie państwa obywatelom”, jak mówi główny entuzjasta tego rozwiązania.
Nawiasem mówiąc dziwi ta niechęć do partii w przypadku zwolennika demokracji, a więc z definicji systemu opartego na partiach właśnie. Nie muszę tu przypominać, że sam do miłośników demokracji się nie zaliczam. Ale muszę, na razie przynajmniej, w takim systemie żyć. Byłoby zatem miło, gdyby system ów był w miarę znośny. Obawiam się jednak, że po tych wyborach (i po następnych, parlamentarnych) pozostanie to jedynie pobożnym życzeniem. Mamy scenę polityczną zdominowaną przez dwa obozy. Przepływ zwolenników jednego z nich do drugiego jest w zasadzie całkowicie zablokowany. W konsekwencji największe nawet „afery” nie są w stanie naruszyć tej konstrukcji. Reszta podmiotów na tej scenie to margines, który nie jest w stanie przyciągnąć większej grupy „elektoratu. I układ trwa…
Jak długo jeszcze? Wszelkie prognozy, rozmaite wizje katastrofy, która zmiecie obecne elity ze sceny są warte mniej więcej tyle, co przewidywania rozmaitych wróżbitów, których mamy ostatnio zatrzęsienie. W demokracji decyduje większość, manipulowana przez rozmaitych speców od marketingu politycznego i „charyzmatycznych” polityków. I nie ma innego sposobu na sukces. Trzeba po prostu tak zmanipulować odpowiednio liczną grupę „elektoratu”, by zechciała oddać na manipulatora swoje głosy. Najłatwiej mają ci, co dysponują dostępem do mediów, ze szczególnym uwzględnieniem telewizji. Ale nie jest to warunek konieczny. Wystarczy przypomnieć pewnego chłopskiego lidera, który przebojem wprowadził pokaźną reprezentację do parlamentu… Dziś mamy fenomen muzyka rockowego, który może pociągnąć za sobą liczną grupę wyborców jednym hasłem (reszta poglądów wygłaszanych przez niego to beztreściowa papka). A jeśli komuś się nie udaje, to nie narzekać, tylko wysilić intelekt…
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze