Ilu będzie kandydatów na prezydenta Rzeczpospolitej, trudno na razie przewidzieć. Już zgłosiła się pokaźna gromadka, a termin, póki co, nie minął. Może być ciekawie… Ba, już jest ciekawie! Oprócz tak zwanych kandydatów poważnych, którzy na serio walczą o najwyższy urząd w państwie (na razie dwóch), mamy całą grupę postaci mniej lub bardziej egzotycznych. To znaczy takich, którzy tak naprawdę realizują inne cele, bądź startują w myśl naczelnej zasady ruchu olimpijskiego: liczy się nie zwycięstwo, ale sam udział. Coś jak „słynny” angielski skoczek narciarski Eddie „Orzeł” Edwards. Starsi kibice pamiętają siedzącego na belce startowej z obłędem w oczach brytyjskiego kamikadze, młodsi mogą zajrzeć do Wikipedii… Gdyby w stawce obecnych kandydatów szukać odpowiednika, to trzeba by wskazać na Panią Doktor, z podobnym samozaparciem stającą do konkurencji, do której nie ma absolutnie żadnych predyspozycji. Rzucona na głęboką wodę, niczym wspomniany Edwards po wyjściu z progu skoczni, wymachuje rozpaczliwie rękami, dążąc do jak najszybszego kontaktu z podłożem. Dokładnie przeciwnie, niż nakazują reguły dyscypliny, którą usiłuje uprawiać. Oczywiście przenośnia ta ma symbolizować styl kontaktów kandydatki z wyborcami i przedstawicielami mediów. Styl ten charakteryzuje się przede wszystkim zwięzłością wypowiedzi. Najczęściej zdania pojedyncze, złożone z podmiotu i orzeczenia, albo wręcz równoważniki zdań. Z nieśmiertelnym „trzeba rozmawiać” na czele…
Brytyjski skoczek nie został przez naturę obdarzony talentem i umiejętnościami w nadmiarze, ale nie sposób mu odmówić determinacji i odwagi. Nie da się tych cech przypisać innemu kandydatowi w wyścigu o miejsce „pod żyrandolem”, który ogłasza wszem i wobec, że w wypadku wojny on walczyć nie zamierza. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest w takiej sytuacji, zdaniem kandydata, kapitulacja! Dla oszczędzenia „substancji narodowej” w postać ludzi i zasobów materialnych. Oczywiście każdy obywatel ma prawo do wyrażania swoich poglądów w każdej sprawie. Tyle, że prezydent jest konstytucyjnym zwierzchnikiem sił zbrojnych! Na wypadek wojny ma obowiązek powołać Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych. Konstytucja wprawdzie tej sprawy nie precyzuje, ale należy się domyślać, że nie w celu podpisania przez tegoż dowódcę aktu kapitulacji… Czy my, wyborcy mamy rozumieć, że w takiej sytuacji kandydat tego obowiązku nie wypełni? Czy też chciał powiedzieć, że wprawdzie sam karabinu do ręki w żadnym wypadku nie weźmie, ale jeśli wszyscy dookoła będą mieli ochotę się pozabijać, to proszę bardzo…
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze