tel. (024) 262-70-60 | e-mail: rednaczelny@tp.com.pl Promocja czy wyprzedaż? Chciałam zwrócić uwagę na nadużywanie słowa „promocja”, z którym stykam się w płockich sklepach. Tym słowem bowiem załatwiane jest wszystko, czego wcześniej nie udało się sprzedać, bądź gdzie kończy się termin ważności. Najczęściej jest to widoczne w sklepach spożywczych, głównie tam, gdzie sprzedaje się mięso. Przykłady? Proszę bardzo! Sklep Biedronka przy ul. Otolińskiej w Płocku, stoisko Peklimaru. W oczy kłuło ogłoszenie o 50-procentowej (!!!) promocji na schab. Takiej promocji na mięso jeszcze w życiu nie widziałam, więc pomyślałam, że to pewnie towar, któremu za jakiś czas kończy się data ważności i spytałam, czy mogę ten schab powąchać. Usłyszałam odpowiedź: nie! Na moje pytanie: dlaczego „nie”, padło: „nie, bo nie”! Spytałam zatem panią, czy zna z języka wyrazów ekonomicznych znaczenie słowa: promocja. „Niech pani mnie nie uczy” – padła odpowiedź, w efekcie czego dałam spokój. Żeby była jasność: ja wcale nie mam pretensji do tej pani zza lady, w końcu jest ona ekspedientką a nie magistrem nauk ekonomicznych. To szefostwo firmy powinno się zastanowić, zanim umieści wywieszkę z napisem „promocja”. Z podobną sytuacją zetknęłam się ostatnio także w sklepie Zakładów Mięsnych koło Bombonierki na Kolegialnej. Tu dla odmiany promocja dotyczyła podgardla. Ja rozumiem, że każdy ma prawo lepiej wyeksponować towar, który się chce szybciej sprzedać. Skoro jest to towar z ważną datą przydatności do spożycia, to dlaczego by tego nie robić. Tyle, że nie jest to żadna promocja. W takim przypadku powinno się wystawiać wywieszkę: „wyprzedaż” bądź „przecena”. Słowo promocja skorelowane jest tylko i wyłącznie z wprowadzeniem do sprzedaży produktu nowego. Tak to przynajmniej wynika ze słownika ekonomicznego... Proszę mnie zatem przeko-nać, że schab i podgardle to produkty dopiero co wprowadzane do sprzedaży.
Ochroniarz od reklamy Zastanowiła mnie mocno pewna sytuacja, którą zaobserwowałem na wielkim parkingu przed hipermarketem w Płocku. Otóż jeden z zatrudnionych przez hipermarket ochroniarzy chodził od samochodu do samochodu i spod wycieraczki każdego z nich wyjmował ulotki wkładane tam wcześniej przez przedstawiciela jednej z firm. Jak zdążyłem zauważyć podczas wsiadania do samochodu, zanim ochroniarz zdążył błyska-wicznie wyrwać ulotkę spod wycieraczki mojego auta, chodziło o jakąś firmę z artykułami elektrycznymi, bodajże Elgal. Samego mnie bardzo drażnią wszelkie ulotki czy to wkładane za wycieraczkę samochodu, czy to kładzione pod drzwi mojego mieszkania, których nigdy nie czytam, a kiedy depczę po już odpowiednio wysokiej kupce, to wówczas wrzucam wszystko jak leci do kosza (skądinąd wiem, że tak robi większość z nas, więc dziwię się firmom, które wybierają ten sposób reklamy). Może więc działanie tego ochroniarza powinno mi przypaść do gustu. Z drugiej jednak strony zadaję sobie pytanie, jakie prawo miał dotykania mojego samochodu, czy setek innych, które parkowały obok ochroniarz z Auchan. Skoro ktoś te ulotki roznosił, a przepisy tego nie zabraniają, to dlaczego ktoś inny zabierał? Czy to nie jest karalne? Przecież te ulotki stanowiły czyjąś własność... Rozumiem, że ochroniarz nie miał tutaj nic do gadania, a takie polecenie otrzymał od zarządzających hipermarketem, któremu konkurencja jest zapewne nie w smak. Tak czy siak, trochę to wszystko przypomina dziecięcą zabawę w chowanego. Czy tak postępują poważne firmy?
Fachowcy – dyletanci Dziury w nowych szafkach, blat nie trzyma się pionu, a wszystko krzywo przycięte – tak wygląda moja kuchnia po wizycie tak zwanych fachowców. Zamówiłam w „profesjonalnej” firmie zabudowę kuchni i wszystko byłoby w porządku, gdyby ta sama firma nie przysłała mi do montażu współpracujących z nią „specjalistów”. Okazali się analfabetami w branży, nie potrafili wykonać najprostszej rzeczy. Co z tego, że nie zapłaciłam im za usługę, skoro muszę teraz znaleźć nową ekipę, która za podwójną cenę uporządkuje moje rozgrzebane mieszkanie – pyta retorycznie Czytelnik, radząc innym, aby bacznie przyglądali się podwykonawcom.
Którędy do szpitala? Na ulicy Bielskiej przed skrzyżowaniem z Jachowicza stoi tablica informacyjna wskazująca drogę do szpitala wojewódzkiego w Płocku. Cóż z tego, skoro ramię owego znaku skierowane jest w środek wysokiego bloku. Czy mamy wjechać na trawnik, rozwalić blok i w ten sposób zacząć się leczyć?
Brudny jar Brzeźnicy To mogłaby być wizytówka Płocka – uporządkowany jar Brzeźnicy ze starym drzewostanem, ładnymi alejkami spacerowymi i ścieżką rowerową. Onegdaj był tam nawet oświetlony stok narciarski. Niestety, jar Brzeźnicy przypomina wysypisko śmieci. Omija go nawet akcja sprzątania świata. Widocznie płocki jar to nie świat, tylko fragment zapomnianej przez wszystkich Skarpy. Jeśli dodać do tego częste wizyty tam raczących się wysokoprocentowymi trunkami, nikomu nie polecamy spacerów w tej części miasta.
Co winna ławka? Winna, bo straciła 2/3 długości i nogę. Teraz jest przeznaczona wyłącznie dla jednej uprzywilejowanej osoby, która chociaż usiądzie to i tak torby z zakupami nie postawi. Osoby z klatki z grupami inwalidzkimi – a takie są – nie usiądą, chyba że na ziemi obok, a i to dobrze, bo można się chwycić kikuta ławki przy wstawaniu z ziemi. Otóż to nieszczęsne krzesełko stoi naprzeciw bloku przy ul. Rembielińskiego. O kalectwie ławki zadecydował zarząd Płockiej Spółdzielni Mieszkaniowej osiedla Rembielińskiego. Spółdzielnia „poszła na rękę” niektórym lokatorom, nie pytając o zdanie inwalidów w tejże klatce. A przecież na tej ławce siadali nie tylko pijacy, ale i matki z dziećmi, zmęczone zabawą dzieci, zakochani oraz osoby chore.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze