Młode „chirurżki” urządziły przyjęcie, na które zaprosiły znajome „naukowczynie”, głównie „psycholożki”, „pedagożki” i „politolożki”. Przyszła również „prezydentka” z dwiema postępowymi „polityczkami”. Nie zabrakło też „dziekany” z uniwersytetu, „doktory” z pobliskiej przychodni oraz zaprzyjaźnionej „ministry” sportu. Wszystkie „gościnie” bawiły się doskonale, dyskutując o zmianach, jakie muszą zajść w języku polskim, aby osiągnąć pełną równość płci, co jest absolutnym priorytetem tych czasów. No właśnie, czy rzeczywiście te zmiany językowe w dziedzinie tworzenia nazw żeńskich, czyli tzw. „feminatywów”, jak o nich mówią językoznawcy, są niezbędne i czy proponowane rozwiązania nie zaszkodzą miłym paniom, wystawiając je na pośmiewisko? Nie wszystkie zresztą przyjmują te nowe propozycje nazywania zawodów wykonywanych przez kobiety z jednakowym zadowoleniem, szczególnie że zmiany wprowadzane są w sposób nienaturalny, wymuszony przez środowiska feministyczne, którym się wydaje, że tylko żeńska postać nazwy najpełniej służy oddaniu należytego szacunku płci pięknej.
Oczywiście jest wiele rzeczowników w naszym języku z „żeńskimi” końcówkami nazywających zawody, funkcje pełnione przez panie, czy inne kwestie związane z płcią żeńską, a ich użycie ma bardzo długą tradycję i jest czymś naturalnym, nierażącym, właściwym. Wystarczy przypomnieć takie słowa jak „uczennica”, „studentka”, „Polka”, „ekspedientka”, „pielęgniarka”, „położna”, „piosenkarka”, „dziennikarka”, „królowa”, „księżniczka”. Ich formy dobrze służą potrzebie okazania szacunku osobom płci żeńskiej. W tej samej funkcji od dziesiątków lat dla podkreślenia prestiżu pewnych zawodów i funkcji wykonywanych przez panie służyły wyrazy z końcówkami męskimi poprzedzone słowem „pani”. „Pani Prezydent”, „pani Doktor”, „pani Profesor”, „pani Poseł” to formy, które brzmią naturalnie i mądrze. Natomiast nie wyobrażam sobie, aby można się zwrócić do kobiet z użyciem wyrażeń „feminatywnych” w rodzaju: „Pani Prezydentko”, „pani Doktorko”, „pani Profesorko”, „pani Dziekano”, „pani Ministro”. W przeciwieństwo do feministek, które walczą o używanie takich form, wydaje mi się, że brzmią one nienaturalnie i narażają osoby nimi określane na pośmiewisko.
Innego zdania jest Rada Języka Polskiego, która opublikowała 25 listopada br. oświadczenie w tej sprawie. Zdaniem Rady, która niby odcina się od wpływu czynników ideologicznych na język (no, nie wiem!), istnieje potrzeba tworzenia nazw „feminatywnych” ze względu na to, że w ciągu parunastu ostatnich lat zaszły „duże zmiany w świadomości społecznej” i one dyktują potrzebę usankcjonowania „żeńskich” form wyrazowych do nazywania zawodów i funkcji kobiecych. Nie wiem, jak daleko jest od „świadomości” do „ideologii” i gdzie w tych sporach jest miejsce na „zdrowy rozsądek”, którego, mam nadzieję, nie brakuje także paniom, aby nie psuć języka poprzez podporządkowywanie go wywrotowym poglądom tzw. poprawności politycznej, której daleko do zdrowego rozsądku. Mimo wszystko wolę „panią doktor” od „doktory”, zdecydowanie wyżej cenię „panią dziekan” od „dziekany”, śmiać mi się chce, kiedy słyszę o „ministrze”, „prezydentce”, „polityczce”. Na szczęście mimo stanowiska Rady Języka Polskiego dopuszczającego opisywane rozwiązania nie są one obowiązkowe. Mam nadzieję, że nie zabraknie nam wszystkim zdrowego rozsądku i nie zgodzimy się na językowe kretynizmy, od których czasem dosłownie robi się niedobrze.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze