Wbrew pozorom nie będzie to tekst o wojnie za wschodnią granicą. Pytanie dotyczy tego, co się dzieje tu, w naszym pięknym (jeszcze?) kraju. A dokładnie, w szeroko rozumianej gospodarce. I będzie to punkt widzenia skrajnego liberała. I cóż widzę? Nie będzie to myśl specjalnie odkrywcza. Nietrudno dostrzec, że pociąg pod nazwą „gospodarka” ze stacji „liberalizm” (a dokładniej małej stacyjki, coś na wzór peronu we Włoszczowie) jakiś czas temu wyjechał i raźno, aczkolwiek nie bez przeszkód, podąża ku stacji „socjalizm”. By stwierdzić ten fakt, nie trzeba zgłębiać wiedzy ekonomicznej na poziomie uniwersyteckim.
Wystarczy się nieco uważniej przyjrzeć na przykład zjawisku pod nazwą „walka z inflacją”. A ściśle mówiąc jednej konsekwencji tych zmagań. Mianowicie mechanizmowi kształtowania cen, który coraz bardziej odbiega od liberalnej gry popytu i podaży. Mam na myśli coraz bardziej liczne przypadki wspierania pokrzywdzonych przez rozmaite kataklizmy uczestników gry rynkowej przez państwo. Najnowszy przykład to dopłaty do opału. Z punktu widzenia humanisty to niewątpliwie gest szlachetny. Państwo ratuje wiele istnień ludzkich, chroniąc od zamarznięcia tych, których inaczej nie byłoby stać na węgiel. Punkt widzenia zależy jednak, jak wiadomo, od punktu podparcia. Dla ekonomisty liberalnego to po prostu przestępstwo wobec wolności w gospodarce. Jeżeli kupujący jest sponsorowany przez państwo, to sprzedający nie ma żadnego powodu obniżać ceny towaru. Gdyby liczba potencjalnych klientów spadła, byłby do takiej reakcji zmuszony. Prawo popytu i podaży...
W te przeszkody? Prywatne firmy jakoś nie chcą upadać. Rozglądam się wokół siebie i widzę, że nadal działają sklepy, w których od lat robię zakupy, rozmaici fachowcy, z których usług korzystam, piekarnie, których wyroby preferuję… Oczywiście nie wszystkim się udało. Niektórzy musieli zamknąć biznesy, przekwalifikować się albo w ogóle zrezygnować. To oczywiście moje subiektywne odczucie, ale według danych Głównego Urzędu Statystycznego "liczba rejestracji przedsiębiorstw w II kwartale 2022 roku wyniosła 93 tys. 660 wobec 92 tys. 445 w analogicznym okresie roku poprzedniego". Co prawda „w pierwszym półroczu br. do rejestru CEIDG wpłynęło ponad 104,3 tys. wniosków dotyczących zamknięcia działalności gospodarczej (w analogicznym okresie ubiegłego roku było ich 82,9 tys.)” oraz „161,1 tys. wniosków o zawieszenie działalności (w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich ponad 115,5 tys.), co oznacza, że 132 tys. 700 firm (średnio) na stałe lub czasowo zaprzestało prowadzenia biznesu w II kwartale bieżącego roku (ubyło 39 tys. 040), ale w naszym pięknym kraju działa około dwóch i pół miliona firm prywatnych. Ten ubytek to zatem około półtora procent. Stwierdzenie, że przedsiębiorcy nie kapitulują w obliczu ciężkiego kryzysu ma solidne podstawy, czyż nie?
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze