Reklama

79. rocznica Powstania Warszawskiego. Ze wspomnień płockiego adwokata

10/08/2023 13:00

Mecenas Leon Bąkowski (1915-2004) w Powstaniu Warszawskim był zastępcą dowódcy plutonu Zgrupowania „Gurt”. Walczył w Śródmieściu. Jeniec obozu w Murnau, później żołnierz armii gen. Andersa. Rozpoczęte na tajnym uniwersytecie studia prawnicze ukończył w Rzymie. Pracował w Zespole Adwokackim nr 1 przy Tumskiej. 

„W Warszawie zjawiłem się w połowie grudnia 1939 roku i miał to być pierwszy etap w drodze do polskiej armii. Zamierzaliśmy – pięciu zapaleńców, przyjaciół z kampanii wrześniowej – pojechać rowerami przez Czechosłowację do Francji, gdzie tworzyło się nasze wojsko. W Poznaniu, dokąd wróciłem przedzierając się spod Kowla, zaczynało być gorąco. Ojca, wielkopolskiego powstańca, szukało gestapo. Matka ukrywała się na wsi. Brat siedział w oflagu w Szczecińskiem. Ja – ekskapral, podchorąży 17. Dywizji Piechoty i niedoszły student prawa – nie zamierzałem składać broni. Nie miałem też ochoty dać się złapać. 
Przyjechałem do Warszawy bez pieniędzy, bez znajomości. Nie wiedziałem, gdzie będę nocował, ani co jadł. Cały majątek mieścił się w kartonie. Spotkani w pociągu Poznaniacy wymyślili mi kąt na parę nocy. Koczowałem przez kilka tygodni tu i tam. Amatorzy wycieczki do Francji rozpierzchli się gdzieś, pozostawiając mi na deser czarną rozpacz. Wtedy zdarzył się cud: dostałem pokój na Wspólnej, a znajomy z korporacji wynalazł mi darmowe obiady. Mieszkanie inżynierostwa Kędzierskich przy Nowym Świecie było mi odtąd wojennym domem. Tam właśnie poznałem Hankę. 

Godzina „W”
Leon, zapisz mnie do konspiracji, nalegała, a ja się wykręcałem. Nie mogłem jej przecież powiedzieć, że przysięgi trzeba dotrzymywać, a za wypowiedziane w entuzjamie słowa płaci się krwią. 
Hanka wymarzyła sobie po wojnie aptekę. Była zadowolona, że pozwolono jej, studentce podziemnej farmacji, pracować w składzie aptecznym. Ja zostałem przyjęty na Tajny Uniwersytet Warszawski, na Wydział Prawa. Z radości omal nie wybiłem dziury w suficie. Dziekanem był profesor Józef Rafacz – człowiek nadzwyczajnego talentu naukowego i pedagogicznego. Bardzo go lubiłem, a on ufał mi chyba także, skoro powierzył zabezpieczenie lokali, w których odbywały się wykłady. 
Przysięgę złożyłem 3 stycznia 1940 roku na ręce Jerzego Kędzierskiego. Później, na Starówce, zdobywał krwawo swoje pierwsze Virtuti Militari.
Mój punkt zborny wyznaczono w Śródmieściu. Byłem zastępcą dowódcy plutonu na odcinku od ulicy Sosnowej do Domu Kolejowego przy Towarowej. Koncentracja nie przebiegała zgodnie z planem. Zawiódł system informacyjny i wiele osób nie dotarło na czas do swoich oddziałów. Szukałem na próżno punktu amunicyjnego. Pod wskazanym adresem nie było nic. Wściekły i zrozpaczony wróciłem na kwaterę przy Złotej. Mój dowódca, porucznik „Blondyn” przyszedł właśnie z narady od Gurta. Powiedział, że musimy iść do akcji z tym, co posiadamy. 
Mieliśmy zdobywać Dworzec Główny, tylko czym? Amunicji jak na lekarstwo. W końcu ktoś zmienił rozkaz. Rzucaliśmy granaty własnego przemysłu – owinięty w pończochę ładunek amunicyjny – na stojący obok kawiarni Bliklego czołg. 
Gurt usiłował spiąć obie części Alei Jerozolimskich, lecz po drugiej stronie ulicy wyborowi strzelcy ukryci w Hotelu Polonia, szybko wyperswadowali nam ten zamiar. Zdobyliśmy jednak Astorię. 

Reklama

Dom z tarasem 
Poszedłem z Hanką szukać „Bartka”, który rwał się na ochotnika do kolejnej akcji. Wtedy uderzyła „krowa” – okupacyjna zmora. Tkwiliśmy zasypani w piwnicy, bezsilni. Dobrze wiedzieliśmy, że dla uwięzionych ludzi nie ma ratunku, ale my przecież byliśmy młodzi. W tym tkwiła jakaś irracjonalna nadzieja.
- Mów do mnie – prosiła, a mnie nic nie przychodziło na myśl. Mogłem tylko położyć rękę na jej głowie. Od dawna nie miałem wieści od rodziny, przed tygodniem stłukłem okulary, a na kwaterze usiłowałem bezskutecznie uciec przed pluskwami. W milczeniu żegnałem się z tym najwspanialszym ze światów, żałując, że zostawiłem gdzieś porcelanowy krzyżyk, pamiątkę od matki. Uczyła nas miłości do Ojczyzny poprzez literaturę, religię i śpiewy. Sama poznawała polskie książki w podziemiach kościoła farnego w Poznaniu. Ojciec, ułan, wychowywał synów bardziej po żołniersku. 
Hania rozpaczliwie potrzebowała rozmowy, jakby chciała nadrobić stracony czas, w którym nie zdążyła opowiedzieć mi o swoim dzieciństwie. W strzępach wspomnień jawił się dom z tarasem wychodzącym na ogród, gdzie aż do późnej jesieni przesiadywali goście. Potem ojciec kupił mająteczek w Woźnikach, gdzie przyjeżdżał zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz Wyczałkowski. Imieniny u państwa Kosińskich, którzy jeszcze wtedy mieszkali w Płocku przy Jachowicza. Przełożona Rościszewska w „Reginkach”, gdzie chodziła Hanka, życzy sobie, aby uczennice opracowały na szkolną akademię wyjątek ze „Strasznego Dworu”. Gwiazdka – zbierają z koleżanką dary dla inwalidów i szyją w drużynie harcerskiej ubranka dla dzieci repatriantów. 
- Boisz się? - zanuciła fragment ze „Strasznego dworu” – Zażyj tabaki. Skąd się w niej brało tyle odwagi? Tkliwość pokrywała żartem. 
Odkopano nas po ośmiu godzinach. Wtedy dopiero się załamała. Płacząc, trzymała moją rękę, a ja idiota myślałem, co powiedzą koledzy. 

Gdzie nasz złoty sierpień 
W końcówce sierpnia, po pierwszych dniach euforii, jaka ogarnęła nas na widok biało-czerwonych flag i życzliwości nadzwyczajnej ludności cywilnej, przyszło żyć prawdziwie, dźwigać żołnierską dolę. 3. i 4. kompania, w tym mój pluton, otrzymały rozkaz ubezpieczania chłopaków ze Starówki, którzy kanałami szli do Śródmieścia. Poprzedniego dnia zbadaliśmy z „Blondynem” teren od Ogrodu Saskiego do Hali Mirowskiej. O świcie strzały z broni maszynowej dały sygnał do akcji. Przez Plac Policji Konnej do Chłodnej. Cel – koszary granatowej policji. Na placu duża grupa Niemców. Z boku wali do nas ukryty w bunkrze ckm. 
(…) Zdobyliśmy koszary, lecz wkrótce nieprzyjaciel zebrawszy siły rozpoczął szturm za szturmem. Ich czołg rozwalił prowizoryczną barykadę. W naszych oddziałach zaczęło się zamieszanie. Straciłem pół plutonu. 
„Blondyn” leżał na ziemi. Gdy okazało się, że jest poważnie ranny, poleciłem zanieść go do punktu opatrunkowego. Teraz ja byłem dowódcą i musiałem wykonać zadanie.
Kazałem żołnierzom iść do kwatery na Złotą po nosze. Wrócili z pustymi rękami, noszy nie było. Wydobędę je choćby z podziemi postanowiłem bezradny wobec tych strzępów ciał i skarg rannych. Wziąłem ze sobą strzelca Sowę. Kiedy nieśliśmy z powrotem kilka par noszy nadleciał samolot, ostrzeliwując z broni pokładowej wszystko, co się jeszcze ruszało. Wpycham Sowę w okienko piwnicy. Dla mnie nie było już miejsca. Wciśnięty w mur czekałem na kulę. Ocalałem cudem. 
Na podwórzu domu Złota 43 pogrzebaliśmy „Blondyna”, „Tygrysa” i innych. 
(…) Myśmy się nie poddali. Jednak od 2 października obowiązywał już układ kapitualcyjny. 3.00 nad ranem albo w południe we wszystkich polskich oddziałach Północnego Śródmieścia odbyły się ostatnie odprawy oficerów i zbiórki żołnierzy. Na Placu Karcelego oddaję broń. Włożony do plecaka razem z całym dobytkiem Kodeks Postępowania Cywilnego ochronił moją akowską legitymację. Hanka szła przodem ze swoim plutonem sanitarnym. Myślałem, jak będziemy żyć w niewoli, czy nas nie rozdzielą”.  

Reklama

Lena Szatkowska

Fot. Archiwum

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości