Dwie pierwsze dekady XXI w. można nazwać rewolucyjnymi w kwestii rozwoju i dostępności produkcji fabularnych w odcinkach. Kiedyś byliśmy zdani na łaskę nadawców – skazani na niedokończone tytuły (kiedy telewizje rezygnowały z kolejnych sezonów) albo na wielokrotne powtórki wciąż tych samych seriali. Wiele zagranicznych tytułów albo nas ominęło, albo trafiało na nasze ekrany wiele lat po swojej premierze. A kto chciał obejrzeć nowy odcinek, musiał pędzić do domu o określonej porze – bo jeśli nie zdążył, tracił (często bezpowrotnie) szansę na dowiedzenie się, co się wydarzyło u bohaterów. Ostatnie lata zaczęły przynosić poważne zmiany w serialowym świecie.
Powszechny dostęp do Internetu umożliwił powstanie i rozkwit platform udostępniających filmy i seriale w formule „na życzenie”. Uwolniło to widzów od trzymania się telewizyjnych ramówek. Nagle dostaliśmy możliwość oglądania dokładnie tego, co chcemy, w porze, która najlepiej nam odpowiada. Pojedyncze odcinki albo cały sezon za jednym razem. I to od razu po premierze. Zmieniły się nasze nawyki oglądania seriali, a dostępność przetłumaczonych na język polski produkcji z najdalszych zakątków świata sprawiła, że coraz częściej odkrywamy zupełnie nowe serialowe światy.
Od kina wolimy własny dom
Kino nie jest już miejscem tak atrakcyjnym, jak kiedyś. Wiąże się to m.in. z ograniczoną ofertą filmów oraz drożejącymi biletami na seans. Poza tym wizyta w kinie dla wielu osób wiąże się z niedogodnościami – zapachem popcornu i niosącym się po sali dźwiękiem jego chrupania czy głośnymi komentarzami innych widzów w trakcie seansu. Czasem też taki wypad do kina to niemała wyprawa, zwłaszcza gdy najbliższe znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od naszego miejsca zamieszkania. Za to platformy streamingowe dają ludziom bogatą ofertę tytułów – od klasyki kina po nowości, a do tego komfort oglądania w dowolnym miejscu i dogodnych warunkach. Nic dziwnego, że wielu widzów woli opłacić abonament i pozostać w domu, niż wybrać się do kina.
Za sprawą wysokobudżetowych produkcji oglądanie seriali przestało kojarzyć się z rozrywką niższych lotów. Rozmawianie o poszczególnych odcinkach czy wątkach to już nie kojarzy się ze stereotypowymi starszymi paniami omawiającymi pod blokiem ulubioną telenowelę, lecz stanowi podstawę dyskusji w różnych kręgach społecznych, jest przedmiotem mniej lub bardziej poważnych rozważań, a nawet rzeczą integrującą ludzi.
Dlaczego oglądamy seriale? Powodów jest zapewne tyle, ilu widzów, ale wśród tych najważniejszych, dla których tak chętnie zasiadamy przed ekranami – już nie tylko telewizorów, ale też innych sprzętów z dostępem do sieci – można wymienić chociażby to, że formuła serialu pozwala nam lepiej poznać bohaterów danej historii. Mamy więcej czasu na zżycie się z postaciami, zrozumienie motywów ich postępowania. Tak samo więcej czasu mamy na samodzielne rozwikłanie fabularnych zawiłości, połączenie ze sobą faktów i próbę przewidzenia, jaki będzie finał oglądanej przez nas opowieści. Seriale, w odróżnieniu od filmów fabularnych, dostarczają nam długotrwałej rozrywki, angażują i wciągają, a my chętnie oddajemy im swój czas.
Oprócz tego warto wspomnieć o tym, w jak ogromnym stopniu seriale mogą poszerzać naszą wiedzę o świecie. I to nie tylko te dokumentalne. Dostępność produkcji serialowych z najróżniejszych zakątków świata pozwala nam zetknąć się z kulturą i obyczajami krajów, których dotąd dobrze nie znaliśmy. Ich oglądanie pomaga burzyć stereotypy i przełamywać niechęć do tego, co obce i egzotyczne. A przy okazji jest też dobrym sposobem na kontakt z żywym językiem w naturalnych konwersacjach, co jest szczególnie ważne dla osób uczących się języków obcych.
Sułtan, który sprowadził do Polski tureckie seriale
Dawniej chętnie oglądaliśmy telenowele z krajów Ameryki Łacińskiej. Dziś nieco zmieniły się kierunki serialowych podróży. Odkąd w polskiej telewizji pojawił się sułtan Sulejman i jego nałożnice, tureckie seriale szturmem podbiły ramówki największych polskich stacji telewizyjnych, w tym dwa główne kanały Telewizji Polskiej. Polscy widzowie pokochali bohaterów produkcji znad Bosforu, a trzeba zaznaczyć, że to nie tylko telenowele, ale też seriale rozmaitych gatunków – od historycznych po komediowe.
Każdy odcinek „Wspaniałego stulecia” przyciągał przed telewizory rzesze widzów na całym świecie. Nic dziwnego, że i w Polsce wybuchła mania na punkcie sułtana Sulejmana, a jeszcze większa – na punkcie jego ukochanej Hürrem. Postać rudowłosej piękności, która podbiła serce władcy Imperium Osmańskiego, była wzorowana na Roksolanie, wziętej w jasyr Słowiance. Niektórzy próbowali nawet doszukać się u niej polskiego pochodzenia, nie ma natomiast wiarygodnych źródeł na ten temat. Tak czy inaczej wieloodcinkowa opowieść o domowym życiu władcy i jego haremu spowodowała wzrost zainteresowania nie tylko serialami znad Bosforu, ale i samą Turcją jako kierunkiem turystycznym.
Wielkimi przebojami stały się w Polsce wieloodcinkowe hity, takie jak „Wieczna miłość”, „Grzech Fatmagul” czy „Narzeczona ze Stambułu”. Amatorów lżejszych gatunków przyciągały komedie romantyczne, m.in. „Sezon na miłość”, „Wymarzona miłość” czy „Zapukaj do moich drzwi”. Z kolei widzowie nastawieni na seriale sensacyjne, mogli oglądać produkcje takie jak np. „Ezel” czy „Braterska rozgrywka”. Na tym jednak nie koniec, bowiem oprócz tytułów, które przewinęły się przez ramówki polskich stacji telewizyjnych, wiele tureckich seriali dostępnych jest w Internecie – np. na Netflixie, gdzie regularnie pojawiają się nowe tytuły.
Warto wspomnieć, że siła oddziaływania tureckich seriali potrafi być ogromna. Film dokumentalny pt. „Kismet. Turecka telenowela zmienia świat” przedstawia przykłady seriali, które wraz z emisją w krajach Bliskiego Wschodu stały się inspiracją dla żyjących tam kobiet. W perypetiach bohaterek dostrzegały własne życiowe doświadczenia, a następnie czerpały od fikcyjnych postaci motywację do zmian – mimo przeciwności i ograniczeń kulturowych.
K-drama jako część kultury koreańskiej
Ostatnie lata śmiało można nazwać czasem rozkwitu koreańskiej popkultury (tzw. „koreańska fala”) i jej ekspansji na cały świat. Oprócz muzyki rozrywkowej zwanej k-popem, która podbija listy przebojów w wielu krajach, także kręcone w Korei Południowej seriale mają swoich odbiorców na całym globie. Na antenę TVP zawitał jak na razie tylko jeden - „Cesarzowa Ki” - który wielu widzów zachęcił do zagłębienia się w odmęty dalekowschodniego przemysłu serialowego, natomiast nie osiągnął sukcesu tak spektakularnego, jak tureckie „Wspaniałe Stulecie”.
Niemniej k-dramy (bo taką nazwę noszą seriale z Korei Południowej) świetnie radzą sobie w serwisach wideo na żądanie. Obecnie największy ich wybór znajduje się w bibliotece platformy Netflix, a także w serwisie Viki, który umożliwia fanom dodawanie napisów w różnych językach. Dystrybuowane przez Netflix k-dramy regularnie pojawiają się w zestawieniach TOP 10 najchętniej oglądanych seriali w Polsce. W ubiegłym roku ogromny sukces osiągnęło „Squid Game”, które przez wiele tygodni okupowało pierwsze miejsce wśród najchętniej oglądanych seriali na tej platformie, a także odbiło się szerokim echem w mediach i wśród twórców internetowych. Nawiązania do elementów tej k-dramy pojawiały się w programach rozrywkowych, skeczach kabaretowych czy krótkich formach nagrywanych przez youtuberów i tiktokerów.
W koreańskich serialach uwagę zwraca duża różnorodność gatunkowa i realizacja na wysokim poziomie. Ich zaletą jest ograniczenie liczby odcinków do kilkunastu, względnie dwudziestu oraz to, że zdecydowana większość k-dram ma tylko jeden sezon. Dzięki temu widzowie seriali z Korei Południowej nie odczuwają znużenia zbyt długim przeciąganiem fabuły.
A co z Polską?
Jak wygląda sytuacja polskich seriali? Do tej pory nie udało nam się wyprodukować hitu, który podbiłby świat. Niemniej nie da się ukryć, że w ostatnich latach powstało u nas co najmniej kilka interesujących seriali, zwłaszcza o tematyce kryminalnej, do których należą m.in. „Rojst”, „Ślepnąc od świateł” czy „Belfer”. Jesienią ubiegłego roku sporym sukcesem okazała się produkcja oryginalna Netflixa pt. „Wielka woda” – serial katastroficzny osadzony w czasie powodzi tysiąclecia.
Popularnością wciąż cieszą się rodzime telenowele i seriale obyczajowe, które często oglądamy już nie dla samej fabuły, niekiedy pełnej absurdów, lecz z przyzwyczajenia. Znane od lat tytuły towarzyszą nam podczas prac domowych, a ich bohaterowie są dla wielu z nas niemal członkami rodziny. Można się spierać o ich jakość realizacyjną czy banalne scenariusze, powielające wciąż te same schematy. Ale jak wyglądałby nasz polski pejzaż bez „Klanu” czy „M jak Miłość”?
Zdobycze XXI wieku nieodwracalnie zmieniły przemysł rozrywkowy, w tym jego serialową odnogę. Korzystajmy zatem – z rozsądkiem – z tego, że już nie ogranicza nas ani ramówka telewizji, ani kraj produkcji, ani bariera językowa. A oglądając seriale starajmy się nie patrzeć bezmyślnie w ekran, lecz wyciągać z nich to, co ciekawe, inspirujące i skłaniające do poszerzania wiedzy o świecie. Serial to najtańszy bilet do dowolnego, nawet najdalszego kraju.
(kw)
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ciekawy artykuł. Ja chętnie oglądam seriale tureckie. Egzotyka w niektórych serialach powoduje, że chce się taki serial oglądać a nawet w niektórych można się nawet zakochać. Chociaż znam prawie całą Europę, nigdy nie byłam w Turcji. Z filmów wiem jakie wspaniałe widoki są w Bodrum, czy widok na Bosfor z wieży Galata w Stanbule. Pozdrawiam autorkę tekstu.
Moja przygoda z serialami tureckimi zaczęła się od Wspaniałego stulecia. Później odkryłam zasoby internetu. Była to przyjemna odmiana po opatrzonej już ofercie produkcji polskich i amerykańskich. Jakiś czas temu przeniosłam się zw swoimi zainteresowaniami na produkcje azjatyckie - Korea, Chiny, Japonia, Malezja albo i Indie... Wiele się przy ich oglądaniu nauczyłam - przede wszystkim, by nie oceniać ludzi zbyt pochopnie. Pierwsze wrażenie może być mylące. To samo dotyczy też innych kultur. :)
Rzeczywiście to niezwykłe, jak w ostatnich latach popularność zyskały platformy serialowe, a dzięki temu produkcje nie tylko hamerykanskie xd Ja kilka lat temu trafiłam na turecki Sezon na miłość. A potem poleciałam już z innymi tureckimi, zdarzyło się też rzucić okiem na azjatyckie. To ciekawa przygoda ;)
Ciekawy artykuł.
Ciekawy artykuł. Ja chętnie oglądam seriale tureckie. Egzotyka w niektórych serialach powoduje, że chce się taki serial oglądać a nawet w niektórych można się nawet zakochać. Chociaż znam prawie całą Europę, nigdy nie byłam w Turcji. Z filmów wiem jakie wspaniałe widoki są w Bodrum, czy widok na Bosfor z wieży Galata w Stanbule. Pozdrawiam autorkę tekstu.
Moja przygoda z serialami tureckimi zaczęła się od Wspaniałego stulecia. Później odkryłam zasoby internetu. Była to przyjemna odmiana po opatrzonej już ofercie produkcji polskich i amerykańskich. Jakiś czas temu przeniosłam się zw swoimi zainteresowaniami na produkcje azjatyckie - Korea, Chiny, Japonia, Malezja albo i Indie... Wiele się przy ich oglądaniu nauczyłam - przede wszystkim, by nie oceniać ludzi zbyt pochopnie. Pierwsze wrażenie może być mylące. To samo dotyczy też innych kultur. :)
Rzeczywiście to niezwykłe, jak w ostatnich latach popularność zyskały platformy serialowe, a dzięki temu produkcje nie tylko hamerykanskie xd Ja kilka lat temu trafiłam na turecki Sezon na miłość. A potem poleciałam już z innymi tureckimi, zdarzyło się też rzucić okiem na azjatyckie. To ciekawa przygoda ;)