Od tysięcy lat ludzie jedli w przeróżnej postaci tłuszcze nasycone. Od zawsze towarzyszył im też głód i choroby. Przez dłuższy czas przyczyn tego stanu rzeczy upatrywano w gniewie „sił wyższych”. Sytuacja diametralnie się zmieniła dopiero w połowie XX wieku, kiedy to fizjolog Ancel Keys z University of Minesota wysnuł hipotezę, iż stale rosnąca liczba zgonów spowodowanych chorobami serca jest efektem nadmiernego spożycia tłuszczy. Idea padła na podatny polityczny grunt, zainteresowała się nią bowiem amerykańska senacka komisja, która opracowała dokument o nazwie: „Cele żywieniowe dla Stanów Zjednoczonych”. Ofiarą tego opracowania stały się tłuszcze nasycone, zwłaszcza te pochodzące od masła i smalcu. Tran zaś pozostał zdrowy, pomimo że w jego 1. łyżce jest tyle samo cholesterolu co w 100 g smalcu. Lęk przed zwierzęcymi tłuszczami tak się rozrósł w Ameryce, iż niebawem przeniknął do Europy. Sytuacji nie zmieniła nawet wypowiedź Keysa w piśmie z 1969 r. „Biochemia kliniczna”, że nie ma istotnego związku pomiędzy spożywanym cholesterolem a poziomem cholesterolu we krwi. W 1981 roku specjalizująca się w zdrowym ożywianiu dziennikarka Jane Brody (swego czasu propagatorka diety niskotłuszczowej) na łamach dziennika „New York Times” przyznała, że bez instytucjonalno-finansowego wsparcia państwa teoria tłuszczowo-cholesterolowa w obliczu braku dowodów naukowych potwierdzających jej słuszność umarłaby śmiercią naturalną. Zatem jedząc kanapkę ze smalcem, warto wypić na odwagę kieliszek wódki, by móc łatwiej przełknąć ten owiany złą legendą pokarm.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze