Wojna, przyjaźń, miłość do koni to wspólne mianowniki, które doprowadziły do odnalezienia w Cierszewie (gm. Brudzeń Duży) szczątków poległego Rosjanina. O historii oraz śledztwie stowarzyszenia Tradytor, a finalnie ekshumacji poległego żołnierza opowiada nam jego członek Michał Umiński.
Od czego zaczęła się historia żołnierza?
Historia ,,wpadła” w moje ręce dość przypadkowo. Często szukam ciekawych tematów. Odwiedzam starszych ludzi, opuszczone miejsca. Tak stało się również w przypadku tej historii. Prowadząc swoje prywatne historyczne śledztwo trafiłem do Państwa Jarzyńskich z Cierszewa. Właściciel terenu - pan Wiesław okazał się bardzo uprzejmym człowiekiem posiadającym w swojej pamięci wiele historii z dawnych lat, które przekazywane są w rodzinie od pokoleń. Jedną z nich była historia rosyjskiego żołnierza, który spoczywa na jego polu wśród starych sosen.
Co to za historia i o jakim okresie możemy mówić w tym przypadku?
Z opowieści gospodarza wynikało, iż ów żołnierz pojawiał się we wsi podczas swoich konnych patroli. Wraz z towarzyszami rozbijał obozowisko, a sam przychodził do gospodarza. Siadał z rodziną do kolacji, przy której wraz z dziadkiem mojego rozmówcy wspominali dawne czasy. Obu łączyła wspólna pasja - miłość do koni. Zarówno jeden, jak i drugi byli żołnierzami, a sam gospodarz z dumą opowiadał, że na koniu, w carskiej armii spędził aż 7 lat. Poza tym mówił dobrze po rosyjsku, a także świetnie jeździł konno. Często opowiadał, iż w galopie trafiał z pistoletu w uciekającego zająca. Wspólna pasja, podobne charaktery spowodowały, iż obaj panowie bardzo się polubili. Rosjanin za każdym razem, kiedy był w okolicy, zaglądał do kolegi snując wielogodzinne opowieści. Często świadkiem tych rozmów była córka gospodarzy, mała dziewczynka, która bardzo polubiła nowego kolegę jej taty. W opowieściach rodziny bardzo żywy jest obraz dziecka siedzącego na kolanach Rosjanina i bawiącego się z nim. Pewnego wieczoru po przybyciu wojska do lasu, jeden z żołnierzy przyszedł do gospodarstwa i poinformował domowników o tym, iż ich dowódca (przyjaciel rodziny) został zastrzelony przez snajpera zza Wisły. Poproszono, aby gospodarz go pochował, co ten oczywiście uczynił. Czas płynął, a historia żyła wyłącznie w pamięci rodziny Jarzyńskich do czasu, kiedy pojawiłem się u nich w 2010 roku. Dzięki temu, że pan Wiesław na jednym z sosnowych pniaków wyrył krzyż, mogłem zlokalizować miejsce pochówku. O sprawie opowiedziałem kolegom ze Stowarzyszenia Tradytor, z którymi działam od wielu lat i na których zawsze mogę liczyć. Wspólnie uprzątnęliśmy i upamiętniliśmy to miejsce a następnie zaczęliśmy kwerendę dokumentów.
Więcej w kolejnym wydaniu Tygodnika Płockiego.
(ek)
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze