Reklama

Widziane ze skarpy

21/03/2007 13:19

Kto miał okazję często korzystać z tak zwanych środków komunikacji publicznej w peerelu, ten dobrze pamięta co to była za męka pańska. Ryzyko niczym na warszawskiej giełdzie, a komfort jak w małomiasteczkowej dworcowej toalecie za późnego Gomułki (wczesnego z racji wieku pamiętam dość słabo). Chętnych do korzystania z tego luksusu było za to nieporównanie więcej, niż ówczesny tabor firm przewozowych był w stanie „obsłużyć”. Stąd człowiek nigdy nie miał pewności czy się „załapie” na ten kurs, z którego miałby ochotę skorzystać. Czy akurat Pan Kierowca nie dojdzie do wniosku, że powinien „trzymać standardy” i nie zechce zabierać pasażerów na „miejsca stojące”. W peerelu regułą było bowiem, że do autobusu upychało się ludzi do oporu, byle tylko byli w stanie oddychać. Czasem jednak gorliwy kierowca, ku rozpaczy tych co nie zaopatrzyli się wcześniej w bilety, przypominał sobie, że przepisy nie pozwalają podróżować autobusami na stojąco. I wtedy grupa pechowców po odegraniu spektaklu zaczynającego się od próśb, a kończącego złorzeczeniami musiała czekać na kolejny kurs. I liczyć na bardziej „ludzkiego” Pana Kierowcę. Po co ja spoglądam w przeszłość zamiast skoncentrować się na konstruktywnym myśleniu o przyszłości? Nie wiem, może to kwestia ogólnego klimatu panującego w ostatnim czasie w kraju? Bo tak naprawdę to ja chciałem właśnie o przyszłości. No, może niezupełnie, bo punktem wyjścia jest sytuacja sprzed paru dni. Na początek trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że dziś jest o niebo lepiej. Tak jak w każdej dziedzinie gospodarki zresztą… Wiem, że teraz wielu spośród Szanownych Czytelników gwałtownie zaprotestuje, ale mimo to pozwolę sobie pozostać przy swoim zdaniu. Jest lepiej! Przede wszystkim dlatego, że mamy na rynku przewozów pasażerskich konkurencję. Potężną konkurencję. Ta konkurencja to oczywiście prywatne samochody. Dziś ma je ponad połowa polskich rodzin. Ale i w komunikacji publicznej nie ma już monopolu. Wydawałoby się więc, że trzeba walczyć o klienta. Zatem trzeba traktować go… No, przynajmniej do własnej oferty nie zniechęcać. Wydawałoby się… Rzeczywistość jednak skrzeczy.
Opowiadała mi znajoma, jak to ostatnio musiała dojechać na określoną godzinę do stolicy. Z naszego miasta można tę trasę pokonać tradycyjnym pekaesem, albo jedną z linii prywatnych. Są jeszcze inne możliwości, ale te przemilczę, bo nie całkiem legalne… Znajoma wybrała linię prywatną. Kupiła wcześniej bilety i… I autobus się nie pojawił. Konsekwencje były przykre, bo powinna być w Warszawie na określoną godzinę. I nie dotarła mimo, że rezerwa czasowa była duża. Ale to nie koniec przygody. Problem zaczął się przy próbie odzyskania pieniędzy. Ta firma dopuszcza bowiem zwrot biletu najpóźniej na dobę przed planowanym odjazdem. Później sprawa się komplikuje, nawet przy oczywistej winie przewoźnika. To trzeba było nie kupować! Taki komentarz usłyszała znajoma w odpowiedzi na swoje protesty. Coś to Państwu przypomina? Tak… „Trzeba się było ubezpieczyć…”. Ale żeby w firmie prywatnej…
 

Jerzy Ogonowski

Reklama

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości