Reklama

Tu się nie oddaje. Tu się towarzyszy

16/09/2015 08:42
Pani Teresa obcina paznokcie i słucha. Pani Ela czyta książki, pani Basia pomaga nakarmić chorych. Patrycja (jedna z najmłodszych) z niektórymi nawet się pośmieje, a pan Marian – naprawi to i owo. „Spłacam dług, przychodzę z potrzeby serca, chcę zrobić coś dla innych” – mówią wolontariusze, którzy pomagają w Miejskim Hospicjum Płockim pod wezwaniem św. Urszuli Ledóchowskiej.
Przychodzą raz, dwa razy w tygodniu. Ubrani w żółte koszulki krążą pomiędzy łóżkami, patrzą, co trzeba zrobić, komu przyda się rozmowa, a kogo wystarczy potrzymać za rękę. Na realizację potrzeby pomagania innym wybrali chyba najtrudniejsze możliwe miejsce, którego wszyscy „zdrowi” się boją. Bo to taka umieralnia, z której się nie wychodzi. Często słyszą od znajomych: „Ja bym nie mogła”. – To zdanie jest strasznie denerwujące. A gdyby wszyscy tak powiedzieli, kto by chodził? – pyta Elżbieta Gałczyńska. – Gdy ktoś mi mówi, że nie mógłby mieć styczności z cierpieniem i śmiercią, to mu odpowiadam, że ja więcej dostaję w hospicjum, niż daję – twierdzi Barbara Gapińska.
Hospicjum jest miejscem, w którym chory może godnie odejść. Nie ma pośpiechu, szarpaniny, że trzeba „zwolnić łóżko”. Adekwatnie do źródłosłowu, otacza opieką podróżnych w tej ostatniej, najtrudniejszej z podróży. – Wolontariat ma takie założenie, żeby towarzyszyć komuś do końca. Nie oczekiwać, że chory będzie wyleczony albo że mu się polepszy. Najważniejsza jest obecność – mówi Elżbieta Michalczuk, kierująca wolontariuszami. A chorzy potrzebują ciepła i bliskości. Nawet kiedy zasypiają, chcą, żeby ktoś był obok. – Gdy pogłaskałam czy objęłam panią Ewę, była szczęśliwa. Powiedziała mi, że najgorsza jest choroba i do tego samotność – podkreśla Elżbieta Gałczyńska.
Członkowie rodziny wpadają i odchodzą. Wizyty, najczęściej popołudniowe i wieczorne, są krótkie, bo ludzie nie wiedzą, co robić, jak się zachowywać. Walczą ze smutkiem i brakiem nadziei. Miejskie Hospicjum jest otwarte całą dobę. Nie ma więc wymówki, że się nie zdążyło. Można sobie tak zorganizować czas, żeby jak najczęściej ktoś był przy chorym. Ale jeśli rodzina nie mieszka w Płocku, jest to trudne. Zdarzają się podopieczni, których nie odwiedza nikt. Czas samotności wypełniają im wolontariusze. – Wolontariusz jest powiernikiem różnych rozterek chorego i adresatem trudnych pytań o śmierć. Rodzina chorego często żyje w ułudzie. Udaje przed nim, że wszystko będzie dobrze. „Zobaczysz, jeszcze będziesz jeździł na rowerze, łowił ryby – mówią mu”. Każdy odgrywa jakieś role i boi się bolesnej prawdy. Wolontariuszowi chory może zaufać. Wie, że można mu się zwierzyć, a to, co powie, nigdzie nie zostanie przekazane – podkreśla Elżbieta Michalczuk.

Ja bym nie mogła. Ja chcę

Wolontariusze, których w płockim hospicjum jest około 30, trafiają tam z różnych powodów. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego się przyszło. – Zazwyczaj chęć pomocy nie rodzi się nagle. Do tej myśli się dojrzewa, czasem miesiące, czasem lata. Coś się wydarza w życiu, przeważnie smutnego, i zaczynamy spoglądać na wszystko inaczej, zauważamy inne wartości – mówi Elżbieta Michalczuk. Do Miejskiego Hospicjum Płockiego najczęściej przychodzą ludzie młodzi, oraz ci, którzy są już na emeryturze i zakończyli pewien etap. Pomagają także wolontariusze – więźniowie. Wykonują prace porządkowe, pomagają w pracach remontowych oraz na Oddziale Apalicznym, gdy trzeba zmienić pozycję chorego w śpiączce.
Najdłużej pracującą wolontariuszką jest Jadwiga Gralicka. W hospicjum pomaga od ponad 15 lat. Przychodzi zawsze w niedzielę, rozstawia krzesła do mszy, rozdaje posiłki. Wolontariuszem-konserwatorem, który naprawia różne urządzenia i dba o teren jest Marian Taraszkiewicz. Do hospicjum przyszedł razem z żoną Teresą. Jacek Patora jest tutaj już 10 lat. – W tym sanktuarium cierpienia z innej perspektywy spojrzałem na swoje problemy, które w obliczu prawdziwych ludzkich dramatów jawiły się jako mało znaczące. Mocno zaangażowałem się w wolontariat medyczny. Odwiedzałem chorych codziennie. W czasie zwykłych czynności, takich jak toaleta, karmienie, rozmowy, spacery, sprzątanie zawiązywały się między nami naturalne, piękne relacje. Czułem, że im więcej daję siebie, tym więcej sam otrzymuję – mówi.
Krzysztof Dejewski pracował w Petrochemii. Do hospicjum przychodzi w każdą środę. – Miałem w mieszkaniu hospicjum domowe. Przez kilka lat pielęgnowałem chorą żonę. Do domu przychodziły pielęgniarki i lekarz, który się nią opiekował – opowiada. – Kiedy żona odeszła, Agnieszka Dynowska (szefowa pielęgniarek) zapytała, czy nie chciałbym swoich 6-letnich doświadczeń w opiece nad chorymi wykorzystać. Jej zdaniem doskonale sprawdziłbym się w hospicjum stacjonarnym. Gdy minął okres żałoby, poszedłem na pierwsze spotkanie. Zacząłem od prac porządkowych na zewnątrz. Od stycznia ubiegłego roku wszedłem do środka. Przeżywałem to mimo wszystko. Najpierw nie wiedziałem, jak reagować, ale pielęgniarki mnie szybko oswoiły. Pomagałem przy ubieraniu chorych, karmieniu, toalecie. Przydało się wcześniejsze karmienie strzykawką. Dziś rozmawiam z chorymi, mówię im, jaka pogoda, co robiłem. Nie można ludzi w trudnym stanie pozostawiać samych. Nawet jak mają zamknięte oczy, są świadomi, że ktoś jest obok i mówi do nich.
Wolontariusz ma być wsparciem dla chorego i jego rodziny, a także pomocą dla profesjonalnego personelu. Na oddział przychodzą tzw. wolontariusze medyczni. Wolontariusze akcyjni pomagają przeprowadzać zbiórki pieniędzy i akcje charytatywne. Jedna z najbardziej znanych to Pola Nadziei, przeprowadzana w Płocku od 2003 roku. W jej tegoroczną edycję włączyło się ponad 300 wolontariuszy z płockich i podpłockich szkół, harcerze z ZHR i ZHP, mieszkańcy miasta. Na rzecz osób terminalnie chorych (m. in. zakup sprzętu medycznego i leki) udało się zebrać ponad 48 tys. zł. Środki pozyskiwane są również podczas meczów towarzyskich, koncertów, kiermaszów. Wszyscy „grają dla hospicjum”, a najmłodsi przyzwyczajają się do pomagania i oswajają z ideą ruchu hospicyjnego. – Każda pomoc jest cenna. Cieszymy się ze współpracy z tymi, którzy przychodzą do nas kilka razy w tygodniu i z tymi, którzy pomagają w różnych akcjach. Dużo jest ludzi młodych. To nie jest łatwy okres w życiu nastolatka, ale to bardzo ważne, że są empatyczni, że się angażują. To ich zasługa – podkreśla dr Magdalena Kwiatkowska. – Poprzez akcje i zbiórki walczymy o zmianę stereotypu, że hospicjum to umieralnia. Tu się nie oddaje. Tu się towarzyszy – mówi Elżbieta Michalczuk.
Elżbieta Gałczyńska do hospicjum trafiła w momencie, kiedy w jej życiu nastąpiły duże zmiany. Doszła do wniosku, że trzeba by zrobić coś dla innych. – Skończyłam pracę w szkole. Mój dawny uczeń, psycholog powiedział, że mogę się przydać w hospicjum: coś poczytać, porozmawiać, podać śniadanie. Pojechałam na pierwszą rozmowę, przeszłam kurs i zostałam – opowiada. Czy pierwsze wizyty wśród chorych były trudne? – O wiele trudniej było, gdy umarł mój pierwszy pacjent. Specjalnie dla niego przywoziłam kawę, kręciłam mu kogel-mogel, bo tak lubił. Pewnego dnia przyszłam i zastałam puste łóżko. Wtedy mną szarpnęło. Rozbeczałam się strasznie, nie mogłam sobie poradzić – wspomina. – Trzy razy zdarzyło mi się tak płakać.
Teresa Taraszkiewicz przychodziła najpierw odwiedzać swoją babcię. Gdy ta odeszła, zaczęła myśleć o pomaganiu innym. – Oboje z mężem podjęliśmy decyzję, że spróbujemy ten dług spłacić i zobaczymy, czy zdamy egzamin. To nie było proste. Trzeba dorosnąć do tego, aby móc tu przyjść. Jesteśmy już szósty rok. Pani Teresa rozmawia z chorymi, pomaga przy karmieniu, obcina im paznokcie. – Można pozmywać naczynia, umyć podłogę. Każda czynność jest potrzebna. Trzeba mieć cierpliwość i nie bać się. Wiadomo, że chorzy są w różnym stanie. Ale ja dam sobie radę – stwierdza Teresa Taraszkiewicz. – Są osoby, które pytają: „Po co mnie tu przywieźli? Ja jestem zdrowy lub zdrowa. Chcę wyjść” – mówi Elżbieta Gałczyńska. – Wtedy tłumaczę: „proszę pani, dzieci muszą pracować, pani ma tutaj opiekę, pielęgniarkę, która przyjdzie, pomoże, a w domu byłaby pani 10 godzin sama. To pomaga. Niektórzy pacjenci nie mogą pogodzić się z tym, że odchodzą. Złoszczą się, mają pretensje. – „Co pani może wiedzieć? Nie ma drugiego świata”. Nic wtedy nie mówię. Niech się wykrzyczą. To przynosi ulgę – dodaje. – Nie trzeba brać wszystkiego do siebie. Chorzy nie chcą urazić czy obrazić, ale jest w nich bunt. Kto się wykrzyczy, będzie mu lżej – potwierdza Teresa Taraszkiewicz. Niby zna się ogólne zasady postępowania z chorym, ale one nie zawsze sprawdzają się w praktyce. Wiele rzeczy trzeba wyczuć, samemu ocenić, co można, czego nie. Są ludzie z różnymi chorobami i różnymi charakterami. Z jednymi da się porozmawiać o wszystkim. O pogodzie, o rodzinie, o dzieciach, bo sami chcą opowiadać. „Czekam na córkę, dzisiaj będzie syn” – słyszą wolontariusze. Z innymi nie można nawiązać takiej relacji, bo są w ciężkim stanie i potrzebny jest im spokój. Wystarczy, że ktoś zwilży im usta, poprawi poduszkę. – Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, z niektórymi się nawet śmiejemy – mówi Patrycja. Jedni czytają chorym gazety, inni fragmenty książek. – Kamilowi opowiadam o polityce, nieraz coś mu przeczytam. Ostatnio – ks. Jana Twardowskiego, „Niepokonanych” Ziemca czy historię Nicka Vujicica. Jest w ciężkim stanie, ale wydaje mi się, że to do niego dociera – wymienia Elżbieta Gałczyńska. – Czasem trzeba też wesprzeć dobrym słowem rodzinę. A czasem wystarczy tylko posiedzieć obok, poczytać gazetę czy zwyczajnie potrzymać za rękę – mówi Jacek Patora.
Lepiej się zaprzyjaźnić czy zachować dystans? Wolontariusze są przekonani, że to przychodzi samo. Jeśli chory w gestach czy wyglądzie przypomina nam ciocię czy babcię, kogoś lubianego, relacja tworzy się sama. Niezależnie od tego czy chcemy czy nie. – Czasami ktoś, kto wejdzie na oddział może być zdziwiony, że słychać śmiech. A tu też trzeba się roześmiać, trzeba porozmawiać o błahostkach – mówi Elżbieta.

Trzeba być odpornym

Opiekująca się wolontariuszami Elżbieta Michalczuk sama była kiedyś wolontariuszką. Zaczynała jeszcze na Sienkiewicza. Tworzyła to hospicjum. Nie dziwi się, że oczekiwania kandydatów na wolontariuszy czasami odbiegają od rzeczywistości. – Są tacy, którzy myślą, że na oddziale będzie babcia ubrana w piękną piżamkę, pachnąca, grzecznie leżąca, przy której będzie można usiąść i poczytać książeczkę. A taka babcia niekoniecznie leży prościutko, jest w pampersie, ma odleżyny, rany. Więc jeśli ktoś uważa, że przyjdzie, przycupnie przy łóżku, potrzyma za rękę i już, może być rozczarowany. Pierwsza rozmowa eliminuje takich kandydatów. Potem każdy przechodzi podstawowe szkolenie z zakresu opieki i pielęgnacji w zależności od tego, co kto w życiu robi czy robił, jakie ma doświadczenie, czy może się już kimś opiekował – wyjaśnia. Ktoś czyta, ktoś nakarmi chorego, poda coś do picia, umyje podłogę. Proste, ale tylko pozornie. Jeśli wolontariusz jest aktywny, sam sobie znajdzie zajęcie. – W wolontariacie trzeba się rozwijać, próbować nowych rzeczy. Nie można się skupiać na jednej czynności. Niektórzy przychodzą i szybko rezygnują, Bo wolontariat w hospicjum to ciężka służba. Trzeba być odpornym.
– Ja się hospicjum nie boję – mówi Barbara Gapińska. – Już jako dziewczynka myślałam o tym, że będę pomagać opuszczonym dzieciom, będę im przynosić zabawki. Wybrałam inny zawód, ale w hospicjum realizuję tę potrzebę pomagania innym. Z niektórymi pacjentami się przyjaźnię. Od roku wolontariuszką w hospicjum jest osiemnastoletnia Patrycja. Przyszła za namową siostry. – Tu naprawdę potrzebny jest człowiek dla człowieka. Gdy ktoś leży, nie może się sam napić, trzeba go przykryć, porozmawiać. Do niektórych nikt nie przychodzi. Wtedy wystarczy usiąść koło nich, żeby wiedzieli, że ktoś jest. To bardzo dużo – stwierdza.

Pożegnania

Jak sobie radzą, gdy chory mówi: „ja umieram”?
Teresa: Pewnie, że człowiek nie przytakuje. Mówi się, że każdy musi odejść. Jeden wcześniej, drugi później. My też nie wiemy, co nas czeka. Życie różnie się układa.
Patrycja: Ludzie tutaj cierpią. To widać. Ja sobie tłumaczę, że wolę, żeby odeszli, niż żebym patrzyła na ich cierpienie.
Marian: Z latami człowiek nabiera dystansu. Wie, że śmierć nastąpi. Pierwszy raz jest trudno. Potem człowiek godzi się z tym, że tak się dzieje.
Jacek: W najtrudniejszej chwili, jedyną pomocą, wg mnie ogromną i nieocenioną jakiej może udzielić wolontariusz, jest modlitwa. O dobrą śmierć, o życie wieczne, o niebo. Zawsze jest smutno, gdy umiera chory, którego się odwiedzało, do którego człowiek się przywiązał, ale świadomość, że jego dusza żyje, że kiedyś być może się spotkamy, że już nie cierpi, nie pozwala na rozpacz i załamanie.
Ela: Nie trzeba zaprzeczać umierającemu. Jeśli jest przytomny, trzeba go zapytać, czy ma coś jeszcze do zrobienia? Czy chciałby coś komuś powiedzieć?
Krzysztof: Jak odchodzą, to jest taka boleść duszy. Ja to czuję w środku.
Nie mam ochoty uciec. Nawet mi przez myśl nie przychodzi, żeby odejść.

Przyglądają się śmierci nie będąc lekarzami ani pielęgniarkami. – Zrozumiałam teraz powiedzenie „carpe diem”. Mniej mnie przeraża, co będzie jutro. Jutro może być gorzej i przeoczymy to, co jest piękne w codzienności, dzisiaj – mówi Ela Gałczyńska. Wczoraj chory powiedział jej, że się cieszy, bo jest słońce, bo się obudził i go nic nie boli.
Lena Szatkowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości