Bez wątpienia jest jednym z tych piłkarzy, wychowanków płockiej Wisły, który w tej dyscyplinie osiągnęli bardzo dużo. Zaczynał grać w wieku 13 lat pod okiem Szczepana Targowskiego, był reprezentantem woj. płockiego w rozgrywkach o uchar „Michałowicza”.Z drużyną prowadzoną przez trenera Tadeusza Prosowskiego, jeszcze jako junior, awansował do II ligi, a potem „poszedł w świat”. Najpierw był Widzew i wielkie sukcesy, którymi żyła cała Polska, a potem Korea, gdzie piłkarstwem Świątka żył cały kraj. Jednym z ważniejszych sukcesów był awans drużyny do II ligi. – To była wspaniała drużyna – wspomina dziś Tadeusz Świątek. – W ciągu 2-3 lat odeszło z niej 6-7 piłkarzy, do I ligi, a pięciu wylądowało w różnych reprezentacjach Polski. Marek Ostrowski był w pierwszej drużynie, był na Mistrzostwach Świata w Meksyku. Bogdan Pachelski – uczestniczył w eliminacjach do Igrzysk Olimpijskich w Seulu, Marek Rzepka – pierwsza reprezentacja Polski i 15 występów w kadrze, Krzysiek Koszarski – reprezentacja olimpijska, no i ja. Do I ligi odeszli także: Krzysiek Wachaczyk na krótko do Widzewa i Jan Polańczyk. Gdyby działaczom udało się nas wszystkich zatrzymać w Płocku, to pewnie I liga byłaby dużo wcześniej. Grając w Płocku T. Świątek zagrał po raz pierwszy w kadrze narodowej juniorów. Pod kierunkiem trenera Waldemara Obrębskiego drużyna wzięła, między innymi, udział w Mistrzostwach Świata U-20, rozgrywanych w Australii. – Trener Obrębski był wspaniałym człowiekiem. Zresztą ja miałem szczęście, zawsze trafiałem na wspaniałych ludzi. Trener Prosowski, bardzo dobry szkoleniowiec i wychowawca, Obrębskiego też wspominam dziś, jako człowieka, który nauczył mnie bardzo wiele. W tym miejscu trzeba koniecznie napisać, że zespół prowadzony przez trenera Prosowskiego, który wywalczył pierwszy awans do II ligi, to był zespół, do dziś wspominany ze łzą w oku. Niestety, teraz każdy mieszka gdzieś w Polsce, czasem tylko spotykają się na jakimś meczu, pogadają, powspominają. Ten sukces zespołu był ważny także dlatego, że został odniesiony przez płocczan i pod kierunkiem płocczanina. Wcześniej różnie to bywało, różni ludzie chcieli w Płocku odnosić sukcesy. Tymczasem to właśnie płoccy trenerzy odnosili największe sukcesy. Pierwszy awans Prosowskiego, potem do I ligi Grzegorza Wenerskiego i Leszka Harabasza. Przy spadku z I ligi zawsze byli ludzie z zewnątrz. Najpierw z zespołu odszedł Marek Ostrowski do Gdańska. Potem podczas meczu ligowego, szef płockiego WKU powiedział do prezesa: - Szkoda tego Świątka. Na pytanie dlaczego, prezes otrzymał odpowiedź, że leży już w WKU karta powołania do wojska. – A mną interesował się już wtedy Widzew. Było sporo kontaktów. Prezes Sobolewski szybko kazał mi się wymeldować z Płocka i przyjeżdżać do Łodzi. Co prawda alternatywa była Legia, gdzie pewnie też bym nie miał źle, ale w Warszawie wielu młodych ludzi się marnowało. W tym samym czasie co i ja, karty powołania dostało wielu młodych piłkarzy z reprezentacji młodzieżowej Polski. Z tego tylko dwóch, a może trzech trafiło do drużyny, reszta wylądowała w rezerwach. Widzew był zdecydowanie lepszym rozwiązaniem, był najlepszą drużyną, liczącą się w Europie. Wtedy, na początku lat osiemdziesiątych, w Widzewie była doskonała atmosfera, a zespół osiągał wyniki. W 1983 roku drużyna dotarła do półfinałów rozgrywek w Pucharze Mistrzów, czyli dzisiejszej Ligi Mistrzów. Jest to etap dziś nie do pokonania dla żadnej z polskich drużyn. Tadeusz Świątek znalazł się w Łodzi w Widzewie mając 20 lat i głowę pełną marzeń. W podstawowym składzie zagrał w czwartym meczu, a w piątym wpisał się na listę strzelców. – To był wspaniały okres w moim życiu. 20 lat, sukcesy, w głowie mogło się trochę poprzewracać. O ile w Płocku kibice nas nie rozpieszczali, bo przecież ja w seniorach grałem tylko dwa lata, to w Łodzi było zupełnie inaczej, skok o kilka poziomów w górę. Z tej drużyny odeszli: Zbigniew Boniek, Władysław Żmuda, ale pozostali, najlepszy moim zdaniem bramkarz świata – Józef Młynarczyk, Włodzimierz Smolarek, sami znani i podziwiani piłkarze. I ja biedny żuczek znalazłem się w takim gronie, ale poradziłem sobie, byłem lubiany i odniosłem sukcesy, może nie takie wielkie, jak moi starsi koledzy, ale życzę wszystkim piłkarzom, by osiągnęli w takim młodym wieku, tyle co ja. Niestety, T. Świątek nie ma na swoim koncie tytułu Mistrza Polski. Zdobywał dwa razy tytuły wicemistrzowskie, dwa razy III miejsce, Puchar Polski. – Prezesowi Sobolewskiemu chyba już wtedy nie zależało na zdobywaniu tytułów Mistrza Polski. Bo gdyby było inaczej, to wystarczyło nam tylko trochę pomóc. Ale my graliśmy uczciwie i mogliśmy wywalczyć mistrza, ale wtedy wygrał ligę Lech Poznań, z którym wcześniej wygrywaliśmy 4:1 w Poznaniu. Pamiętam jak to wtedy było, ale dziś nie ma to żadnego znaczenia. Może historia to oceni. Ale sukcesy w kraju były przyćmiewane występami na arenie europejskiej. Najpierw Liveropool, ukochana drużyna Tadeusza Świątka, najlepsza w Europie. – Kiedy byłem dzieckiem, to moją największą miłością był Górnik Zabrze w Polsce i Liverpool lub Ajax w Europie. I marzenie moje się ziściło, zagrać na Anfield Road i to jeszcze z ogromną radością, bo wyeliminowaliśmy Anglików. To było niesamowite przeżycie dla 21-letniego chłopaka. A potem awans i mecz z Juventusem Turyn. Mówi się, że wychodząc na boisko, wszyscy są równi, ale jak spojrzeć na skład, to w Juventusie grało sześciu mistrzów świata: Dino Zoff, Antonio Cabrini, Cajetano Shirea, Claudio Gentile, Marco Tardeli, Roberto Bettega, Paulo Rossi, a oprócz tego Platini i Boniek. Do dziś wszyscy są legendami futbolu. A naprzeciwko nich my, biedny Widzew. Przecież każdy z nich był więcej wart niż cała nasza drużyna. To, że przegraliśmy, to szkoda, ale czy mieliśmy jakieś szanse. Chyba za bardzo się przestraszyliśmy. W 1985 roku T. Świątek zdobył z drużyną Puchar Polski i, jak sam dziś mówi, błędem było, że wtedy nie odszedł z Widzewa. W sumie był tam 7 lat, to długo jak na warunki piłkarskie w Polsce. Kibice darzyli ich dużą sympatią, czasem wręcz miłością. – Wchodząc do dyskoteki, czy restauracji byliśmy nietykalni. Ale nie, my nie byliśmy gwiazdami. Gwiazdą był Boniek, Smolarek, a my byliśmy rozpoznawalni, ale mogliśmy normalnie żyć. Po 7 latach spędzonych w Widzewie dostał propozycję wyjazdu do Korei Południowej. W Polsce było coraz trudniej, a trzeba było opiekować się żoną i dwójką dzieci, 5-letnią córką i 3-letnim synem. – Zgodę na nasz wyjazd, zresztą to było 2 miesiące przed upadkiem komunizmu, wydawał obecny prezydent Aleksander Kwaśniewski, który wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, bo przecież Polska nie miała nawiązanych stosunków dyplomatycznych z Koreą Południową. Wyjechaliśmy we dwóch, z moim przyjacielem z Widzewa, Leszkiem Iwanickim. I muszę się przyznać, że wtedy miałem żal do ówczesnego prezesa, że pojechaliśmy kompletnie nieprzygotowani. Po przylocie był upał, różnica czasu, a dodatkowo to, że byliśmy nieprzygotowani sprawiło, że początki były bardzo trudne. Przed pierwszym sparingiem trener nas zapytał, czy wytrzymamy jedną połowę. Zaczęliśmy się śmiać, bo jak to możliwe, żeby nie wytrzymać. Tymczasem zdjął nas, całkowicie wyczerpanych po 15 minutach. T. Świątek wywalczył sobie miejsce w składzie po czterech ligowych meczach, Leszek Iwanicki – niestety nigdy. Wrócił do Widzewa, który po naszym odejściu spadł do II ligi. Leszek pomógł potem drużynie ponownie awansować. A Korea, to był zupełnie inny świat i to pod każdym względem. – Taki dobrobyt na pokaz, wielkie budowle, w Europie takiego przepychu nie ma. Po czterech miesiącach przyjechała rodzina, dzieciaki szybko nauczyły się mówić po koreańsku, szybko przyzwyczaiły się do nowego miejsca. Inaczej było ze mną. Ja lecąc tam miałem nadzieję, że będzie bardzo łatwo. Myślałem, że to niscy ludzie, którzy oprócz walki nic nam nie przeciwstawią. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Wcale nie byliśmy od nich lepsi technicznie, a ja miałem w drużynie dwóch takich kolegów, o takich umiejętnościach technicznych, jakich w Polsce nikt nie miał. Brakowało im wiedzy taktycznej. Indywidualnie byli szybcy, skoczni, waleczni, nieźle wyszkoleni technicznie. Ściągając nas dwóch liczyli na pomoc. Ten klub w którym grałem plasował się wcześniej w dolnej części tabeli, ale zespoły były bardzo wyrównane i oczekiwano od nas w każdym meczu maksimum wysiłku, by wygrać. Po naszym przyjeździe, kiedy występowaliśmy w drużynie, klub zdobył po raz pierwszy tytuł Mistrza Korei, zresztą był to jedyny raz w historii. Decydujący mecz był rozegrany na stadionie olimpijskim, w dniu moich imienin i w tym dniu strzeliłem bramkę na 2:0, która o tym tytule przesądziła. Oczywiście po meczu był bankiet, w bardzo eleganckim, luksusowym hotelu, w specjalnej sali. Bankiet był dla 40 zawodników i działaczy, dla których zaproszono 40 kobiet, by dotrzymywały towarzystwa, przypalały papierosa, nakładały jedzenie na talerz. Na mecze w Korei przychodziło więcej ludzi niż w kraju. Zwykle było to 15-20 tys. kibiców, którzy bardzo żywiołowo reagowali, choć nie słychać było zorganizowanego dopingu. – Każda drużyna pochodziła z jakiegoś miasta. My mieliśmy swoją siedzibę w Inchon, ale siedziba klubu mieściła się w Seulu, a mieliśmy pięć stadionów rozrzuconych po całej Korei. Grając 300 km od siedziby klubu, graliśmy u siebie. A muszę dodać, że w Polsce grałem w Wiśle, klubie petrochemicznym, tam też był to klub petrochemiczny Yukong Seul. Mieszkaliśmy skoszarowani o 25 km od Seulu, a tę trasę pokonywało się w 2,5 godziny, 4-pasmową autostradą. 40-osobowa kadra była na co dzień w Ichon, tam mieszkali, nie wydawali ani wona na życie, bo wszystko było zapewnione. Tam było zupełnie inaczej niż w Polsce, ale mogę śmiało powiedzieć, że był to najpiękniejszy okres w życiu moim i rodziny, a także pod względem sportowym. Nakręcono nawet o mnie program telewizyjny. T. Świątek miał rzeczywiście świetny okres w swoim życiu sportowym. Oprócz Mistrzostwa Korei otrzymał także nagrodę MVP, dla najlepszego, najbardziej wartościowego gracza i oczywiście najlepszego obcokrajowca, bo w każdym zespole, grało 2-3 obcokrajowców. Często trafiał do jedenastki tygodnia ustalanej przez koreański dziennik sportowy, miesiąca i roku. On jeden trafiał do tej klasyfikacji z drużyny. Nie brakowało oczywiście nagród rzeczowych i pieniężnych. T. Świątek spędził w Korei trzy lata potem choć chciał zostać dłużej, ale w innym klubie, musiał wrócić do kraju, gdzie praktycznie jego kariera się skończyła. – Powrót do kraju to był największy mój błąd życiowy. Czy ktoś zainteresował się doświadczeniami płockiego piłkarza nabytymi w Korei? – Rozmawiałem z Józkiem Młynarczykiem, że mogę podzielić się swoimi doświadczeniami. Bo absolutnie nie można uważać, że to będzie łatwy przeciwnik. Wystarczy prześledzić ich wyniki w kolejnych finałach Mistrzostw Świata. Ale nie chcę się narzucać ze swoją wiedzą, bo ja tam byłem 10 lat temu. Zdziwienie T. Świątka budzi przede wszystkim termin mistrzostw. W czerwcu w Korei jest pora deszczowa i na pewno będzie codziennie padać. – Ja sam przeżyłem tam powódź. Krótko mówiąc: leje tam non stop. Nasi piłkarze będą musieli przyzwyczaić się do ogromnej wilgotności, problem może być w kondycji, bo upały również są uciążliwe. Polacy muszą nastawić się na walkę, Koreańczycy nie przebierają w środkach, zrobią wszystko by wyjść z grupy. Teraz Tadeusz Świątek wrócił do Płocka, do korzeni, do miasta z którym był zawsze mocno związany. Dziwi się, że klub o tak wielkim potencjale, tak bardzo sobie nie radzi. Nie ma nowych, wielkich talentów, a okazuje się że są przede wszystkim ludzie wypaleni, zmęczeni. Nigdy nie ma winnego tego, co się stało. Jest dumny ze swoich dzieci, że tak dobrze sobie radzą. Córka jest uczennicą III klasy w Małachowiance, a syn chodzi do gimnazjum. – Ma 16 lat i 196 cm wzrostu. Jest pod opieką trenerów lekkiej atletyki, ma podobno predyspozycje do rzutu oszczepem i pchnięcia kulą. A korzystając jeszcze z okazji chciałbym wspomnieć Wojtka Rosę i Jacka Kędzierskiego, którzy zginęli tragicznie w wypadku samochodowym. Mało kto dziś pamięta, że Wojtek strzelił najwięcej bramek grając w barwach Wisły. Mocno przeżyłem jego śmierć. Chciałbym także przy okazji podziękować jednej rodzinie z Nowego koło Gdańska. Dzięki tym ludziom, przypomniałem sobie o pewnych wartościach i za to im bardzo dziękuję. Z Tadeuszem Światkiem rozmawiałam ponad dwie godziny, mnóstwo wspomnień, przeżyć, sukcesów. Nie o wszystkim można było napisać w jednym artykule. Dlatego do pewnych wątków rozmowy będziemy wracać. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze