Krótka historia zmagań z tradycją… Zaczęło się chyba od choinki. Naturalna czy sztuczna? Miłośnicy przyrody, zwani dziś „ekologami”, rozpoczęli batalię przeciwko corocznej rzezi młodych drzewek (a czasem i starych). Siła tej ofensywy z czasem zmalała, bo uderzono w nią argumentem, że sztuczna choinka to niedegradowalny produkt chemiczny, szkodzący środowisku naturalnemu. Następnie przyszła kolej na karpia. Dziś z rozrzewnieniem wspominamy piękną świąteczną tradycję udostępniania przyszłemu gościowi wigilijnego stołu, wanny, w której pływał sobie od dnia zakupu do wigilii, a domownicy realizowali potrzebę higieny w umywalce albo miednicy. I komu to przeszkadzało? Miłośnikom zwierząt, którzy ogłosili akcję „dobry karp, to martwy karp”. Kupno ryby żywej, zwłaszcza transportowanej do domu w „reklamówce” bez wody stało się symbolem barbarzyństwa. Próbowano wprowadzić pomysł zabijania jej w sklepie, przez sprzedawcę, ale się nie przyjęło, potem torby z wodą…
Kolejny etap to Mikołaj, wówczas jeszcze Święty. Za czasów mojego dzieciństwa Mikołaj „przychodził” zgodnie z kalendarzem, szóstego grudnia. I przynosił prezenty dzieciom. Na „gwiazdkę” żadnych prezentów nie było. Czyli marny biznes… Trzeba było rozwinąć. Zatrudniono zatem Mikołaja i wprowadzono zwyczaj obdarowywania się zgodnie ze sportową regułą „każdy z każdym mecz i rewanż”, ale nie na „Mikołajki”, tylko „pod choinkę”. To znaczy, że prezenty kładzie się pod choinkę, a Mikołaj, czy raczej „Produkt Mikołajopodobny” nagabuje dzieciaki w centrach handlowych, wręczając im po cukierku. I ta nazwa… Boże Narodzenie! Od biedy na co dzień można używać neutralnego terminu „gwiazdka”, ale brzmi to mało poważnie, żeby nie powiedzieć, infantylnie. W szkołach zamiast ferii świątecznych pojawiły się „wakacje zimowe”. Oraz przerwa międzysemestralna, której za mojej młodości nie było. I wreszcie przyszedł czas na ostatni bożonarodzeniowy „zabobon”, czyli opłatek wigilijny… Na razie w, że się tak wyrażę, sferze publicznej. Liczne w okresie świątecznym „wigilie”, czy też „spotkania opłatkowe” w firmach i instytucjach przekształcają się w „spotkania integracyjne”. Często jeszcze w trakcie „integracji” zebrani składają sobie życzenia świąteczne (?), a nawet wykorzystują w tym celu „tradycyjny” rekwizyt w postać produktu bezglutenowego, używając przy tym z przyzwyczajenia terminu „opłatek”, ale na przykład w Sejmie, a jak wiadomo „ryba (karp) psuje się od głowy”, frekwencja na spotkaniu opłatkowym była w tym roku marna! Dlatego, że „opłatkowe” właśnie! Wesołych Świąt z choinką, karpiem i opłatkiem!
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze