Dwa kilometry przed Drobinem, na trasie do Warszawy, amatorzy grochówki mogą zatrzymać się, odpocząć i zjeść. Ten bar dla podróżnych, miejsce na miły odpoczynek, jest jednak powodem sporych problemów dla sąsiadujących z nim mieszkańców. Już od trzech lat muszą znosić kłótnie z pracownikami baru i pilnować, by zatrzymujący się podróżni nie zanieczyszczali im ich terenu.Mniejsze i większe utarczki zdarzały się tu właściwie regularnie. Kilka razy interweniowała policja. Przez krótki czas był spokój. Ale po kilkunastu dniach sytuacja powtarzała się. W minionym tygodniu doszło do dość ostrej wymiany zdań i szarpaniny pomiędzy pracującymi w barze, a właścicielami sąsiadującego z nim gospodarstwa. – Wszystko zaczęło się od tego, że brat poprosił, aby zabrali psy i zamknęli je za ogrodzeniem, bo stwarzają zagrożenie. Nie wiem dlaczego od razu pracownik baru wraz z żoną zareagowali tak gwałtownie. Mnie zarzucali, że jestem alkoholiczką, wyzwiska różne tu leciały. Tylko dlaczego uciekł i nie poczekał, aż przyjedzie tu policja. Co, następnego dnia zgłosił się pewnie dopiero? Mnie zarzucał, że jestem alkoholiczką, kobiecie po kilku operacjach. A o sobie zapomniał? – mówiła właścicielka gospodarstwa, pani Zofia. W sporze pomiędzy gospodarzami i pracownikami baru interweniowała policja.– Kazali nam zakładać sprawę i dochodzić praw na drodze cywilnej. Proszę pani nie mamy pieniędzy na procesowanie się. My jesteśmy starymi, spracowanymi ludźmi. Całe życie nie kłóciliśmy się z nikim, a teraz będę się po sądach włóczyła. To wstyd – powiedziała pani Zofia. Inni mieszkańcy wsi potwierdzają, że sąsiadujący z barem państwo S., to spokojni ludzie, którzy nikomu nie wchodzą w drogę. Zajmują się swoimi sprawami. – Nie zdenerwowałaby się pani, jeżeli każdego dnia musiałaby pani patrzeć na ludzi załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne w ogródku. Wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, prosiliśmy, ale to nie skutkuje. Jeszcze się człowiek tylko wyzwisk pod swoim adresem nasłucha – mówił właściciel gospodarstwa. Rzeczywiście cały teren sadu i zarośniętego ogrodu od strony baru zabezpieczony był drutami, sznurkami, drewnianymi palikami, które jednak zatrzymujący się w barze pozrywali. – Widzi pani, nic nie pomaga, teraz to nie wiem już, co mamy robić, jak żyć? Chyba tylko godzić się z tym, jak jest? – powiedziała pani Zofia. – Nikt nie broni im tego, żeby handlowali, ale niech nam dadzą spokój. rad
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze