Reklama

Sporna grochówka.

22/08/2002 11:11
Dwa kilometry przed Drobinem, na trasie do Warszawy, amatorzy grochówki mogą zatrzymać się, odpocząć i zjeść. Ten bar dla podróżnych, miejsce na miły odpoczynek, jest jednak powodem sporych problemów dla sąsiadujących z nim mieszkańców. Już od trzech lat muszą znosić kłótnie z pracownikami baru i pilnować, by zatrzymujący się podróżni nie zanieczyszczali im ich terenu.Mniejsze i większe utarczki zdarzały się tu właściwie regularnie. Kilka razy interweniowała policja. Przez krótki czas był spokój. Ale po kilkunastu dniach sytuacja powtarzała się. W minionym tygodniu doszło do dość ostrej wymiany zdań i szarpaniny pomiędzy pracującymi w barze, a właścicielami sąsiadującego z nim gospodarstwa. – Wszystko zaczęło się od tego, że brat poprosił, aby zabrali psy i zamknęli je za ogrodzeniem, bo stwarzają zagrożenie. Nie wiem dlaczego od razu pracownik baru wraz z żoną zareagowali tak gwałtownie. Mnie zarzucali, że jestem alkoholiczką, wyzwiska różne tu leciały. Tylko dlaczego uciekł i nie poczekał, aż przyjedzie tu policja. Co, następnego dnia zgłosił się pewnie dopiero? Mnie zarzucał, że jestem alkoholiczką, kobiecie po kilku operacjach. A o sobie zapomniał? – mówiła właścicielka gospodarstwa, pani Zofia. W sporze pomiędzy gospodarzami i pracownikami baru interweniowała policja.– Kazali nam zakładać sprawę i dochodzić praw na drodze cywilnej. Proszę pani nie mamy pieniędzy na procesowanie się. My jesteśmy starymi, spracowanymi ludźmi. Całe życie nie kłóciliśmy się z nikim, a teraz będę się po sądach włóczyła. To wstyd – powiedziała pani Zofia. Inni mieszkańcy wsi potwierdzają, że sąsiadujący z barem państwo S., to spokojni ludzie, którzy nikomu nie wchodzą w drogę. Zajmują się swoimi sprawami. – Nie zdenerwowałaby się pani, jeżeli każdego dnia musiałaby pani patrzeć na ludzi załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne w ogródku. Wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, prosiliśmy, ale to nie skutkuje. Jeszcze się człowiek tylko wyzwisk pod swoim adresem nasłucha – mówił właściciel gospodarstwa. Rzeczywiście cały teren sadu i zarośniętego ogrodu od strony baru zabezpieczony był drutami, sznurkami, drewnianymi palikami, które jednak zatrzymujący się w barze pozrywali. – Widzi pani, nic nie pomaga, teraz to nie wiem już, co mamy robić, jak żyć? Chyba tylko godzić się z tym, jak jest? – powiedziała pani Zofia. – Nikt nie broni im tego, żeby handlowali, ale niech nam dadzą spokój. rad
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości