Reklama

Rzym – polskie miasto

30/04/2014 08:12
– Dzisiaj Piazza Navona jest w dwóch kolorach: białym i czerwonym – mówił dziennikarz jednej z włoskich stacji telewizyjnych. Tak naprawdę to większość Rzymu była w niedzielę 27 kwietnia niemal polskim miastem. Setki tysięcy pielgrzymów z naszego kraju kolejny raz przyjechało do Wiecznego Miasta za sprawą papieża Jana Pawła II. Tym razem, żeby wspólnie cieszyć się, że papież z Polski został świętym. Świętym został również Jan XXIII.
Dlaczego często w trudzie i znoju pokonali blisko 2 tys. kilometrów, zamiast obejrzeć uroczystość w telewizji? Zazwyczaj odpowiedzi były podobne do tej Waldemara Olejniczaka, przedsiębiorcy z Sierpca, którego spotkaliśmy na placu św. Piotra. – Przyjechałem tu z obowiązku. Może to brzmi dziwnie, ale tak to odbieram. Bo uważam, że mam obowiązek być tutaj i dziękować za tego wielkiego Polaka, który tak dużo zrobił dla nas – mówił.
Waldemar Olejniczak przyjechał do Rzymu z grupą znajomych z całej Polski. To nie była ich pierwsza wyprawa do Watykanu. Na placu św. Piotra byli cztery lata temu, gdy Jan Paweł II został ogłoszony błogosławionym. Wtedy i dzisiaj była to bardzo widoczna grupa niemal w każdych mediach. Na pewno wszyscy, którzy oglądali transmisję z Watykanu, zwrócili uwagę na ogromną biało-czerwoną flagę z napisem „Dei gratias”, którą unosiły w powietrze sporych rozmiarów balony w barwach papieskich. Ta precyzyjna konstrukcja to właśnie dzieło Waldemara Olejniczaka i jego znajomych.

Jedziemy? Jedziemy

My decyzję o wyjeździe na kanonizację Jana Pawła II podjęliśmy pół roku temu. Byliśmy w 2005 r. na pogrzebie papieża. Nie mogliśmy być na beatyfikacji. Na kanonizację musieliśmy pojechać. Okazało się, że zebrała się całkiem spora rodzinna grupa. W sumie 13 osób.
Ta decyzja była przemyślana. Wyjazd na pogrzeb był spontaniczny, bo też sytuacja była inna. Wtedy na początku kwietnia spaliśmy na styropianie, w namiotach rozbitych na trawniku obok Stadionu Olimpijskiego. Dzisiaj postaraliśmy się o kwatery. Wtedy byliśmy na uroczystości bardzo smutnej i bolesnej. Dzisiaj na niezwykle radosnej. Ale dwie rzeczy się nie zmieniły. To nieprzebrane tłumy, jakie zawitały do Rzymu i droga do Włoch. W 2005 r. przejechanie tych blisko 2 tys. kilometrów zajęło nam znacznie mniej czasu niż teraz, chociaż dziewięć lat temu w Polsce nie było autostrad. Ale wtedy byliśmy młodsi.
Podobnie jak w 2005 r. wybraliśmy trasę do Włoch przez Niemcy. Jest nieco dłuższa, ale jedzie się krócej niż tą przez Czechy. Jeszcze w Polsce zaopatrzyliśmy się w winiety wymagane w Austrii i specjalne karty, którymi można płacić za autostrady we Włoszech. Podobnie jak wtedy ogromne wrażenie zrobił na nas przejazd przez Alpy. Zwłaszcza te austriackie. Masywne szczyty gór, a na ich zboczach rozlokowane niewielkie wioski albo mniejsze lub większe zamki robiły niesamowite wrażenie. Włochy powitały nas zmienną pogodą i korkiem na autostradzie do Rzymu. Na szczęście niezbyt długim. Dzięki znajomości mapy bez większych problemów dotarliśmy do swoich kwater.

Sobotnia fiesta

Sobota była przeznaczona na zwiedzanie Rzymu, oczywiście tylko pobieżne. Zobaczyliśmy Koloseum, Forum Romanum, Capitol, Panteon oraz Fontannę di Trevi. Wszędzie było bardzo tłoczno, bo już była obecna część pielgrzymów. W kolejce do wejścia do Bazyliki św. Piotra trzeba było stać kilka godzin. A na placu trwała już radosna fiesta. Wspólnie śpiewali i bawili się przedstawiciele różnych ras. Polacy śpiewali razem z Brazylijczykami i Ekwadorczykami. Włoski chór świetnie zaśpiewał jedną z religijnych pieśni. Polacy odwzajemnili się „Barką”. Grupa młodych Francuzów głośno krzyczała, pozując do zdjęcia. Atmosfera była niezwykle radosna, przyjacielska i bardzo ciepła.
Niektórzy z pielgrzymów rozbili na placu małe obozowiska. Niektórzy spali na rozłożonych karimatach, inni coś jedli, kolejni czytali. Miłe wrażenie robiły spotkania ze znajomymi z Polski. Spotkaliśmy znanego płockiego fotografa Jana Waćkowskiego. A Waldemar Olejniczak okazał się kolegą jednego z członków naszej rodzinnej pielgrzymki.
Podczas naszych spacerów po Rzymie co i raz mijali nas jadący na sygnale karabinierzy albo policjanci eskortujący zjeżdżających do Rzymu dygnitarzy. W sumie przybyło ok. stu głów państw i premierów. My mieliśmy to szczęście, że na Piazza Venezia spotkaliśmy jadącą polską parę prezydencką i naszych parlamentarzystów. Pomachaliśmy do nich, a oni do nas.
Zmęczeni, ale zadowoleni i pełni wrażeń wróciliśmy wieczorem do domu. W samą porę, bo kilkanaście minut po zamknięciu przez nas drzwi w Rzymie zaczęło padać. I właśnie pogoda na niedzielę była jednym z głównych tematów rozmów przy kolacji. Niemal wszystkie pogodowe serwisy zapowiadały deszcz. Trzeba więc było zabrać ze sobą kurtki. Okazały się niemal całkowicie niepotrzebne. Owszem deszcz popadał, ale spadło zaledwie kilka kropel i to tylko na początku mszy.

Niedzielny tłok

Niedzielne uroczystości kanonizacyjne rozpoczęliśmy o 4 rano. Wszystko dlatego, że nasza kwatera była w sporej odległości od Watykanu, a chcieliśmy być jak najbliżej centrum wydarzeń, które rozpoczynały się o godz. 10.00. Gdy po godzinnym marszu dotarliśmy do Watykanu, część bocznych uliczek była zamknięta, w pozostałych kłębiły się tłumy osób. Tłumy były też na Via della Conciliazione, czyli ulicy Pojednania, głównej ulicy prowadzącej na plac św. Piotra. Z mozołem pokonywaliśmy kolejne metry. Wręcz akrobatycznych umiejętności wymagało przechodzenie nad śpiącymi ludźmi. Tłok był ogromny, a na dodatek na środku dość szerokiej ulicy Pojednania został wyłączony z ruchu kawałek jezdni. To dlatego, że tam udzielana była komunia. Niektórym puszczały nerwy i dochodziło do utarczek. Ale w sumie nie było aż tak źle. Wiedzieliśmy, na co się piszemy i że właśnie tak będzie wyglądała droga w stronę Bazyliki.
Od samego początku było jasne, że nie dla wszystkich wystarczy miejsca na placu ul. Pojednania. Zmieścić się tam może ok. 200–250 tys. ludzi, a według watykańskich danych na uroczystości przybyło ok. miliona osób. Podobnie jak podczas pogrzebu w Rzymie rozstawiono telebimy, na których transmitowano uroczystość. Było ich siedem.
Na Via della Conciliazione posuwaliśmy się właściwie centymetr za centymetrem. Były momenty dramatyczne, gdy tłum tak napierał, że ledwo można było utrzymać równowagę. Sytuacja się nieco poprawiła, gdy o godz. 6.00 otwarto plac św. Piotra. Zaczęliśmy szybciej przemieszczać się w stronę Bazyliki. Niestety nie udało nam się dostać na plac św. Piotra. Po prawie czterech godzinach zakończyliśmy swoją wędrówkę ok. 200 metrów od placu. Ale mieliśmy na tyle dobre miejsca, że rozłożyliśmy karimaty i czekaliśmy na rozpoczęcie mszy.
Co jest ważne dla pielgrzyma, który spędził kilka godzin w ścisku? Jedna z tych rzeczy to woda. Pod tym względem Włosi byli przygotowani i rozdawali ją każdemu chętnemu. Byli też przygotowani na sytuacje zagrażające zdrowiu. W bocznych uliczkach wokół placu były punkty medyczne, a nawet coś na kształt szpitali polowych. Niestety sygnał karetek było słychać dość często.
Pierwsze brawa zagrzmiały, gdy na uroczystości pojawił się papież-emeryt Benedykt XVI. Kolejne – gdy do ołtarza podszedł papież Franciszek. W ogóle pod tym względem była to niezwykła uroczystość. Obecni byli na niej dwaj papieże, dotyczyła ona dwóch papieży, a ich kanonizacja była historycznym wydarzeniem w życiu Kościoła. Jan Paweł II został ogłoszony świętym w rekordowo krótkim czasie, zaledwie dziewięć lat po śmierci, a w wypadku Jana XXIII papież Franciszek uczynił wyjątek – zgodził się na kanonizację bez wymaganego do niej przez przepisy kościelne cudu uzdrowienia przypisywanego jego wstawiennictwu. Wystarczył jeden przypadek cudu, wybrany do beatyfikacji w 2000 roku.
Gromkie brawa rozległy się, gdy Franciszek przywitał się ze swoim poprzednikiem. Ale prawdziwa owacja nastąpiła w kwadrans po rozpoczęciu mszy, którą z papieżem koncelebrowało ok. tysiąca kapłanów. To wtedy Franciszek wypowiedział słowa o kanonizacji papieży. Owacja nie milkła przez dobrych kilka minut.
Sporą konsternację wśród niektórych pielgrzymów wzbudziła śmieciarka, która wjechała właśnie w tę wyłączoną z ruchu część ul. Pojednania w środku mszy. Okazało się, że sprzątnęła tę część, aby można było w miarę przyzwoitych warunkach udzielić Komunii Świętej. Butelki po wodzie, podarte gazety, porozrywane folie były wszędzie. Ale rzymskie służby miejskie szybko sobie poradziły.
Oczywiście wśród pielgrzymów zdecydowanie dominowali Polacy. Dzięki temu, że już od dość dawna znaliśmy datę kanonizacji, można było przygotować wyjazdy. Większość grup miała więc np. specjalnie na tę okazję przygotowane chusty, niektórzy koszulki czy kurtki, a nawet kapelusze. Polacy przybyli z każdego zakątka naszego kraju. Nie brakowało osób w strojach ludowych ze swoich regionów. Ale była też spora grupa Polonii ze Stanów Zjednoczonych. Na placu można było usłyszeć bardzo wiele języków i to często egzotycznych. Licznie stawili się pielgrzymi z Ameryki Południowej, a Nigeryjki były ubrane w specjalnie uszyte suknie. Podczas mszy Ewangelię odczytano nawet po grecku, a modlitwa wiernych była m.in. po arabsku i chińsku.
Po nabożeństwie opuszczenie ul. Pojednania wcale nie było takie łatwe. A to dlatego, że ci, którym nie udało się być na mszy na placu św. Piotra, właśnie po nabożeństwie postanowili go odwiedzić. Spotkały się więc dwie fale ludzi. Ale przy odrobinie cierpliwości i dobrej woli udało się spokojnie opuścić Watykan.
Grzegorz Szkopek, Rzym
fot. (gsz)
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości