Późna jesień kojarzy nam się z kolorowymi dyniami, odwiedzaniem grobów bliskich i Halloween, wobec którego wciąż nie do końca wiemy, jak się ustosunkować. Z jednej strony to przecież zabawne święto pełne przebierańców, śmiechu i straszenia, a z drugiej - czas zadumy, wspominania zmarłych, porządkowania grobów i rodzinnych spotkań przy herbacie po powrocie z cmentarza. Czasem warto też mieć coś przygotowanego do podgrzania, bo gdy wrócimy z chłodu, dobrze jest szybko zjeść coś ciepłego. Trudno tu o jednoznaczne rozstrzygnięcie, niemniej jedno jest pewne: dynie, które zdobią wejścia do domów, nadają im jesiennego uroku, a dania z dynią są nie tylko strasznie smaczne, ale i strasznie ładne. Zatem może w ramach kompromisu 31 października, zamiast się straszyć, przygotujmy coś strasznie smacznego, na przykład fałszywą lazanię z dynią.
Fałszywa dyniowa lazania
Skład:
- ciasto naleśnikowe
- 8 łyżek maki pszennej;
- 2 łyżki mąki kartoflanej;
- 3 jajka;
- 1 szklanka mleka;
- ok. 1 szklanki gazowanej wody;
- 1 łyżka oleju;
- szczypta soli.
- mięsny farsz
- 500 g dyni;
- 500 g mielonej wołowiny;
- 1 cebula;
- 1 por;
- 2 ząbki czosnku;
- 50 g pomidorowego koncentratu;
- pół szklanki bulionu (może być z kostki);
- pół szklanki śmietanki (18%);
- 2 łyżki oleju;
- sól, pieprz;
- 300 g tartego sera typu cheddar.
Wykonanie:
W misce mieszamy razem jajka, mleko, wodę i szczyptę soli. Następnie stopniowo wsypujemy mąki i energicznie mieszamy rózgą, tak aby masa była gładka i bez grudek. Na końcu wlewamy olej, po czym ciasto przykrywamy i odstawiamy na około 15 minut, by odpoczęło. W tym czasie obieramy cebulę i oczyszczamy pora. Kroimy warzywa w drobną kostkę. Dynię obieramy ze skórki, usuwamy pestki i również kroimy miąższ w kostkę. Na rozgrzanym oleju przesmażamy mięso, aż całkowicie straci różowy kolor i rozbijamy grudki. Następnie dodajemy cebulę, pora oraz dynię. Całość zalewamy bulionem, przykrywamy patelnię i dusimy około 20 minut. Po tym czasie dodajemy przecier pomidorowy i przeciśnięty przez praskę czosnek, po czym dusimy jeszcze 10 minut. Farsz doprawiamy solą i pieprzem, wlewamy śmietankę i gotujemy chwilę, aż całość lekko zgęstnieje. Na teflonowej patelni smażymy naleśniki - staramy się, by były cienkie i elastyczne. Formę do zapiekania smarujemy tłuszczem. Na dnie układamy warstwę naleśników, na niej część mięsnego farszu, następnie kolejną warstwę naleśników i ponownie farsz, aż do wyczerpania składników. Ostatnią warstwę stanowią naleśniki. Wierzch zapiekanki posypujemy tartym serem. Całość wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 190 st. C i zapiekamy około 25 minut, do momentu kiedy ser się rozpuści i lekko zarumieni.Reklama
W wielu kulturach odnajdziemy zwyczaje, w których element straszenia ma swoje stałe, rytualne miejsce. Straszy się po to, by przegnać złe moce, oswoić to, co nieznane, albo po prostu rozładować napięcie między światem zimy i wiosny. Jeśli w czasie karnawału zabłądzimy i trafimy do szwajcarskiej doliny Lötschental w kantonie Wallis, możemy naprawdę się przestraszyć. W czterech niewielkich wioskach - Blatten, Wiler, Kippel i Ferden, które razem liczą zaledwie półtora tysiąca mieszkańców żyje tradycja, która od pokoleń wzbudza respekt i fascynację. Po zmroku pojawiają się tam tschäggätty - dzikie postacie odziane w długowłose futra i potworne maski z drewna. Ich nazwa wywodzi się z miejscowego dialektu i oznacza coś pstrokatego, łaciatego. Dawniej w tschäggätty przebierali się wyłącznie kawalerowie. Zamaskowani biegali po wioskach, zaczepiali panny, które wieczorami przędły, straszyli je, smarowali sadzą lub obsypywali śniegiem. Była to zarazem psota, flirt i ludowy rytuał oczyszczania a przy okazji, młodzi mężczyźni potrafili „dać nauczkę” niesympatycznym sąsiadom, wyrównując rachunki z minionego roku. Zwyczaj ten trwa od święta Matki Boskiej Gromnicznej aż do Środy Popielcowej, która symbolicznie ucina czas zabawy i wprowadza post. Jego pochodzenie nie jest do końca. Jasne przypuszcza się, że wywodzi się z dawnych przebierań zbójników, którzy grasowali w górach i napadali na bogatsze wsie. Dziś tschäggätty wciąż straszą, ale bardziej dla tradycji niż z groźby - są żywym, hałaśliwym śladem dawnych wierzeń, w których lęk i zabawa szły ramię w ramię.
dr Izabela Chudzyńska
etnolog, antropolog jedzenia
Fot. Piotr Chudzyński
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze