Reklama

Przepisy kulinarne Izabeli Chudzyńskiej. Kerstbrood (holenderski chleb świąteczny)

Trudno nie zauważyć, że czas świątecznej gorączki już za nami. Porządki, planowanie menu, wybór dekoracji – grudzień, jak zwykle, był miesiącem pełnym wyzwań. A jednak w Europie znajdziemy kraj, gdzie atmosfera świąt jest nieco bardziej spokojna i mniej zobowiązująca. To Holandia. Holendrzy podchodzą do świąt z zupełnie inną filozofią niż my, Polacy. W ich domach nie ma tradycyjnej wieczerzy wigilijnej ani tak bogatego repertuaru potraw jak u nas. Wyjątek stanowi Kerstbrood – świąteczny chleb, który często gości na holenderskich stołach. Holandia to jednak królestwo dekoracji – bogato ozdobione drzewka przed domami i w ogrodach to niemal świąteczny obowiązek. Do tego dochodzi wyjątkowa tradycja wysyłania kartek świątecznych. Przeciętna rodzina wysyła ich aż 40 sztuk! Święta w Holandii przebiegają w kameralnej, duchowej atmosferze, często przy wspólnym uczestnictwie w pasterkach.

Kerstbrood (holenderski chleb świąteczny)
Skład:

•    500 g mąki;
•    60 g cukru;
•    50 g świeżych drożdży;
•    1/2 szklanki gorącej wody;
•    1/2 szklanki mleka;
•    90 g płynnego letniego masła;
•    2 jajka;
•    szczypta soli;
•    100 g rodzynek;
•    100 g migdałów;
•    skórka otarta z jednej pomarańczy;
•    1 łyżeczka cynamonu;
•    cukier puder do posypania.

Wykonanie:
W dużej misce mieszamy mleko, wodę, cukier, sól, jajka i drożdże. Następnie do tej mieszaniny dodajemy połowę mąki i wszystko razem mieszamy tak, aby powstało lejące się ciasto. Odstawiamy je w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Posiekane drobno migdały, rodzynki, otartą skórkę z pomarańczy łączymy z odrobiną mąki. To wraz z pozostałą mąką, cynamonem dodajemy do ciasta i wyrabiamy. Na koniec dodajemy jeszcze letnie masło, ponownie wyrabiamy ciasto, aby stało się lśniące i elastyczne. Ciasto to możemy piec w dużej formie babkowej bez komina. Po przełożeniu do wysmarowanej tłuszczem formy pieczemy je w rozgrzanym do 190 st. C piekarniku ok. godzinę. Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem.

Reklama

 

Znani, zapomniani

Kiedyś mogliśmy uczyć się od Holendrów więcej, i to dosłownie – mieliśmy ich bowiem za sąsiadów. Nie jest to jedynie przenośnia, lecz fakt historyczny. W XVI wieku burmistrz Gdańska, Eberhard Ferber, wpadł na sprytny pomysł sprowadzenia Holendrów na Żuławy Gdańskie. Po nieudanej próbie zaludnienia tych terenów miejscową ludnością uznał, że najlepiej nadają się do tego zadania ludzie, którzy już od pokoleń radzili sobie z życiem wśród wody i podmokłych gruntów. Czasy sprzyjały takiej decyzji. Niderlandy zmagały się wtedy z potężnym kryzysem – głodem wywołanym osiemdziesięcioletnią wojną z Hiszpanią, plagami dżumy i cholery oraz prześladowaniami religijnymi. Katoliccy władcy Hiszpanii nie mieli litości dla protestantów, co sprawiło, że wielu Holendrów – nazywanych w Polsce Olendrami – stanęło przed dramatycznym wyborem: umrzeć, czy emigrować. Polska, ze swoją otwartością na różnorodność wyznaniową i stosunkowo stabilną sytuacją, wydawała się idealnym miejscem. Olendrzy przybyli i zaczęli osuszać nasze bagna, czyniąc z nich żyzne ziemie. Otrzymali wolność, także tę wyznaniową – choć nie obyło się bez wyjątków, jak w przypadku Warszawy, gdzie rajcy miejscy zakazali im nawet prywatnych nabożeństw. Niemniej ich życie w Polsce było na tyle dobre, że przez lata osiedlali się i prosperowali, rozwijając gospodarkę rolną na terenach, które wcześniej wydawały się nieużytkami. Jednak ich historia w Polsce zakończyła się wraz z nadejściem pruskiego militaryzmu. Po pierwszym rozbiorze Polski Olendrzy znaleźli się pod władzą Prus. A ponieważ ich religia zakazywała im służby wojskowej, nie mogli pogodzić się z obowiązkiem wstępowania do armii. Wobec tego wybrali emigrację, pozostawiając po sobie jedynie ślady, które dziś powoli zanikają – stare chaty, rowy melioracyjne i nazwy miejscowości, które kiedyś zamieszkiwali. Ich dziedzictwo, choć niepozorne, wciąż przypomina nam o tym, jak wielką wartość przynieśli Polsce swoją pracowitością, umiejętnością ujarzmiania wody i tolerancją. Niestety, ślad po Olendrach powoli ginie. Może warto, byśmy o nim pamiętali, zanim zniknie na dobre.

Reklama

dr Izabela Chudzyńska
etnolog, antropolog jedzenia

Fot. Piotr Chudzyński

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości