Reklama

Prywatna kamienica z miejskimi lokatorami

13/10/2016 08:31
Przy ul. Zduńskiej, dokładnie naprzeciwko wejścia do Urzędu Miasta Płocka stoi prywatna kamienica, w której mieszkają lokatorzy. Budynek należał wcześniej do Agencji Rewitalizacji Starówki, sześć lat temu został sprzedany. Część mieszkańców już się wyprowadziła. Zostały cztery rodziny, w tym jedna „dzika lokatorka”, samotna matka z szóstką dzieci.
Kamienica jest piętrowa. Na frontowej ścianie wisi tabliczka „budynek wyłączony z użytkowania”. Z zewnątrz całość nie wygląda najgorzej, doznania estetyczne zdecydowanie niszczy wejście do klatki schodowej. Każdego, kto zdecyduje się przekroczyć próg, wita odór. Klatka schodowa jest pomazana niewybrednymi napisami i rysunkami. Dużej odwagi wymaga wejście po schodach na piętro. Gdzieś w tyle głowy pojawia się myśl, czy uda się potem zejść, czy nadal będą w tym miejscu.
Na parterze są dwa mieszkania. – Pracowałam w piekarni 35 lat. Teraz mam emeryturę, 830 zł. Dorobić nie mogę, bo jestem chora. Kiedy dostałam to mieszkanie, było akurat wyremontowane. Boże, jak ja się cieszyłam… Trzy pokoje, kuchnia, luksusy. Kiedy zostaliśmy sprzedani, było coraz gorzej – wzrastał czynsz, stale nam grożono wyrzuceniem. Kilka dni temu odcięto nam wodę, a ja mam takie ogrzewanie, które bez wody nie działa. Musi być obieg. Martwię się, bo lada chwila trzeba będzie palić, a bez wody w mojej sytuacji nie ma mowy. Dostałam propozycję lokalu socjalnego, dali mi jeden pokój, a ja jestem z dorosłym synem. Jak mamy mieszkać w takich warunkach? Gdyby żył mój mąż, na pewno by sprawę załatwił. Jak nie chcieli nam wyremontować piwnicy, to do ARS-u zaniósł zapas kartofli na zimę i zostawił. Szybko znalazły się pieniądze na remont – mówi legalna, mająca umowę najmu z ARS lokatorka budynku.
W mieszkaniu była też zameldowana córka, ale kiedy wyszła za mąż, wyprowadziła się. Teraz wynajmuje mieszkanie. Pracuje w sklepie i jakoś sobie radzi.
Lokatorka, u której jesteśmy z wizytą dostała wcześniej propozycję lokalu socjalnego, ale musiałaby remontować, a na to nie miała pieniędzy. Szczurów i myszy nie ma, za to są karaluchy i to w ogromnych ilościach. – Znalazły sobie miejsce z tyłu lodówki, tam jest ciepło. Już któryś raz muszę wymieniać lodówkę. Nie chcą jej naprawiać na gwarancji, bo to nie jest wada fabryczna, tylko uszkodzenie spowodowane przez robactwo – opisuje.
Po podpisaniu umowy z ARS, a było to 21 kwietnia 2001 roku, na czas nieokreślony, płaciła czynszu 180 zł. Teraz nowy właściciel podniósł stawkę do 1251 zł. Na tyle jej nie stać, więc nie płaci. To z kolei sprawia, że nie ma szans na porządne mieszkanie z miasta, bo jest zadłużona. – Sprzedali nas jak ziemniaki w workach. Sześć lat temu sąd przyznał nam lokale socjalne, ale przez ten czas nikt z nas nie dostał sensownej propozycji – zapewnia.

Salon, kuchnia, piwnica w jednym

Po drugiej stronie klatki schodowej mieszka druga, legalna lokatorka. – Sama mieszkam, kiedyś razem z mężem. Na początku, we wrześniu 1997 roku, gdy się tu wprowadziłam, płaciłam 30 zł czynszu za 24 m kw, potem 55 zł. Nowy właściciel wyliczył, że mam płacić 362 zł plus media. Zarabiam najniższą krajową, ledwo wiążę koniec z końcem, o wynajęciu mieszkania nie ma mowy. Od kilku dni z sufitu coś kapie, chyba woda. W Urzędzie słyszę, że to nie ich sprawa. W mieszkaniu jest wilgoć, ale jak ma jej nie być z takim wielkim zaciekiem? Wynajmowane pomieszczenie to mój salon, kuchnia i piwnica w jednym. O tam trzymam węgiel, to jest drzewo do palenia w piecu – mówi pani Grażyna wskazując na zimowe zapasy opału leżące w pokoju.
Twierdzi, że co pół roku składa papiery do Urzędu, ale to nic nie daje.


Jola Marciniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości