Pół roku temu, w Poznaniu, na inaugurację ligi, Wisła grała z Lechem fantastycznie, ale tylko do 70 min., kiedy to prowadziła 2:0 i wydawało się, że w pierwszym meczu zdobędzie komplet punktów. Niestety, stało się inaczej, trzy akcje gospodarzy i trzy gole, a dla Wisły porażka, zresztą bardzo bolesna. Ale to już historia, bo meczem z Lechem Wiślacy rozpoczęli walkę o byt, o utrzymanie w lidze i o punkty, bardzo ważne dla płockiej drużyny. „Nie patrzcie za siebie, wszystko jest przed nami, my w was wierzymy, razem wygramy” napisali na banerze kibice, którzy starali się dorównać kibicom z Poznania w dopingowaniu swojego zespołu. Rozpoczęła mecz Wisła, ale pierwszą akcję przeprowadzili w 2 min. goście. Płocczanie myśleli, że sędzia odgwiżdże spalonego, a w tym czasie Przemysław Pitry przyjął piłkę, poczekał aż Robert Gubiec wyjdzie z bramki i lekko kopnął piłkę do siatki. Wiśle wyraźnie brakowało zgrania i umiejętności konstruowania akcji. Piłkarze wolniej biegali i niżej skakali niż rywale. Lech miał prosty sposób na grę: piłki do środka z nadzieją, że któryś z Lechitów ją przejmie. Płocczanie próbowali stworzyć sobie sytuacje do strzelenia gola, ale mieli ogromne trudności z doprowadzeniem akcji do pola karnego rywala. Na boisku dominowali goście, to oni stwarzali groźne sytuacje. Jedna z nich, w 13 min. powinna zakończyć się bramką. Piotr Reiss wykonywał rzut wolny z 18 m, z miejsca tuż przy końcowej linii boiska. Podał idealnie do Marcina Zająca, który z 2 m strzelił bardzo niecelnie. W 19 min. znów bohaterem mógł zostać Zając, który znalazł się sam na sam z Robertem Gubcem. Nikt mu nie przeszkadzał, ale on i tak trafił prosto w ręce płockiego bramkarza. Ale nie tylko Zając zawiódł swoich kibiców. W 33 min. Karol Gregorek dojrzał wychodzącego środkiem Sławomira Peszkę, podał mu idealnie w tempo, zaś Peszko trafił w Krzysztofa Kotorowskiego. Goście mogli podwyższyć wynik w doliczonym czasie gry, ale Zbigniew Zakrzewski strzelił prosto w słupek. I połowa spotkania w wykonaniu Wiślaków była fatalna i tak na dobrą sprawę trudno byłoby się spodziewać, że II będzie inna. A jednak okazało się, że można odbyć w szatni taką rozmowę z piłkarzami, która ich nie zdołuje, a zdopinguje. Tak było tym razem. Płocczanie wyszli na boisko odmienieni. Wisła przestała się bać grać na boisku i zaczęła atakować, ale nadal pod bramką rywali robiła wszystko, by nie posłać piłki w kierunku Kotorowskiego. Goście powoli oddawali pole gry i musieli wracać pod własną bramkę. Coraz częściej tracili piłkę na polu karnym Wisły, a płocczanie coraz częściej wychodzili z kontrą. Szczególnie po wejściu na boisko Tomasa Doszka, kiedy obraz gry zmienił się zupełnie. W 61 min. Nafciarze przeprowadzali kolejną kontrę. Piłkę podprowadził pod pole karne Sławomir Peszko, podał do stojącego na 2. metrze Tomasa Doszka, a ten nie dał najmniejszych szans Kotorowskiemu i głową umieścił ją w siatce. Wisła wyrównała, a po chwili było wiadomo, że nie zamierza na tym poprzestać. Ale Lech zwarł szyki obronne i coraz trudniej było się przebić na pole karne Kolejorza. Na dodatek w kilku przypadkach, kiedy Wisła wychodziła z kontrą, któryś z piłkarzy Lecha padał jak nieżywy na murawę, a płocczanie wykopywali piłkę poza boisko. Kilka razy jednak udało się wyjść z kontrą i było groźnie dla gości, jak choćby w 77 min., kiedy to po strzale Doszka piłka trafiła w słupek. Wydawało się, że wynik raczej nie ulegnie zmianie, ale w 90 min. w doskonałej sytuacji znalazł się ponownie Pitry, ale tym razem jego precyzyjny strzał wybił Gubiec. Były dwie różne połowy. W I dominowali goście, w II gospodarze, którzy pokazali wreszcie, że potrafią grać i mają szansę na utrzymanie się w lidze. Oczywiście pod warunkiem, że będą grać jak w II połowie. Bramki: 0:1 Przemysław Pitry 2 min., 1:1 Tomas Doszek 61 min. Wisła: Gubiec – Lerant, Belada, Iwański (46 Sedlacek), Michalek, Rachwał, Gedeon, Gevorgyan, Gregorek (54 Doszek), Peszko, Kowalski. Lech: Kotorowski – Wojtkowiak, Tanevsky, Bosacki, Kikut, Injac (60 Scherfchen), Murawski, Zając (71 Wilk), Zakrzewski, Reiss (87 Dembiński), Pitry. Jola Marciniak
Powiedzieli po meczu: Franciszek Smuda, trener Lecha Poznań: – Remis na wyjeździe normalnie wielu cieszy. Mnie ten wynik w Płocku cieszyć nie może, ponieważ sytuacji stuprocentowych mieliśmy na wysokie zwycięstwo. Cieszy mnie tylko to, że w końcówce meczu zespół potrafił jeszcze „depnąć”. To znak, że w każdym meczu i przy każdym wyniku grać będziemy o zwycięstwo. Chcę, żeby w przyszłości zespół grał tylko w ten sposób. Gra defensywna mogła się dzisiaj podobać. Gdy para stoperów Bosacki – Tanevski zgra się ze sobą, będzie jeszcze lepiej.
Josef Csaplar, trener Wisły Płock: – W pierwszej połowie zagraliśmy bardzo źle i nic dziwnego, że straciliśmy bramkę. I to prawda, że Lech mógł prowadzić wyżej. W drugiej zagraliśmy jednak bardzo dobrze i z tej części jestem zadowolony. Daje mi ona pewność, że możemy z powodzeniem walczyć o punkty i utrzymanie się. Jol.
Komentarze