Tak kibice po raz ostatni śpiewali w maju 1999 roku, kiedy to Petrochemia awansowała do ekstraklasy. Zespół pod wodzą trenera Jerzego Kasalika miał aż 5 punktów przewagi nad drugą w tabeli Ceramiką Opoczno i w niezłym stylu znalazł się w I lidze. Ostatni mecz z Hetmanem Zamość obserwowało 9 tys. ludzi i wszyscy cieszyli się, że oto drużyna awansuje i, biorąc pod uwagę nauczkę z lat poprzednich, tak szybko szeregów ekstraklasy nie opuści. Petrochemia w tym ostatnim meczu w II lidze, w ostatnim, w którym występowała pod starą nazwą, zagrała w składzie: Sejud – Wojnecki, Milewski, Sobolewski, Dec, Romuzga, Drame (83 Popek), Soczewka, Małocha (73 Kowalczyk), Miąszkiewicz (68 Sobczak), Witkowski. Bardzo szybko, bo tuż po zejściu piłkarzy z boiska, zaczęły się ruchy kadrowe. Trener Kasalik wraz z ówczesnym prezesem klubu, odsunął kilku piłkarzy od gry i nakazał im szukania sobie nowych klubów. Nikt nie protestował, bo miała się w ten sposób rozpocząć budowa potęgi już Petro. Przypomnijmy, że w pierwszym meczu w I lidze z Ruchem Chorzów zagrali: Krupski – Wojnecki, Sobolewski, Baltruszewicz, Drame, Agafon, Wilk, Majda (77 Popek), Adamczyk (89 Kapela), Miąszkiewicz (68 Soczewka), Nosal. Mecz oglądało 8 tys. kibiców, a plotka głosiła, że wzmocnień w Petro dokonano kosztem 2 mln dolarów. Bardzo szybko okazało się, ze potęgi nie będzie, zmieniano trenerów, stale “wzmacniano” zespół, a efektem było z ogromnym trudem wywalczone utrzymanie po sezonie 1999/2000, ale potem nieunikniony spadek po sezonie 2000/2001. Wiele razy pisaliśmy o tym, ilu to zawodników przez te dwa lata przewinęło się przez płocki klub, który najpierw zmienił nazwę na PKN, a potem na ORLEN. Podsumować to można krotko, miliony złotych wyrzucone w błoto. Efektem działań był spadek do II ligi i mocne postanowienie, ze po jednym sezonie trzeba do ekstraklasy powrócić. Tak się złożyło, ze żaden z piłkarzy nie odszedł z drużyny. Powodem wcale nie była miłość do płockiego klubu, ale ... brak kontrahentów. Przed tymi zawodnikami postawiono zadanie awansu do I ligi. Od początku sezonu 2001/2002 prezesem klubu był człowiek, który nigdy wcześniej nie kierował tak dużą firmą. Na dodatek kasa klubowa była pusta, a trzeba było spłacać zobowiązania zaciągnięte przez prezesa Krzysztofa Gawłowskiego i fundować dostatnie życie piłkarzom, z którymi klub nie mógł rozwiązać kontraktu, a którzy nie występowali w barwach ORLEN-u. Nie musieli. Ale to już historia i nie ma co do niej wracać. Walkę w II lidze ORLEN rozpoczął pod wodzą trenera Andrzeja Wiśniewskiego (prowadził zespół w końcówce I ligi, po zawieszeniu Dariusza Wdowczyka) i rozpoczął od trzech zwycięstw, tyle że nad beniaminkami ligi. Potem już było różnie, ale płocki zespół stale zajmował miejsce w górnej części tabeli z nadziejami na awans. Niestety trener Wiśniewski nie dotrzymał warunków kontraktu i musiał się po 10, a właściwie to po 9 kolejce rozgrywek rozstać z klubem. Podpisując kontrakt zgodził się, że jeśli po 10 kolejkach ORLEN nie zgromadzi 20 punktów, co było naprawdę mało wymagającym wynikiem, wtedy rozstanie się z klubem. Pierwszym trenerem został Wiesław Wojno, który kilkanaście dni wcześniej zawitał do Płocka ściągnięty przez prezesa, z którym wywodzą się z jednego środowiska. Wojno po odejściu z klubu przed laty tułał się po III lidze, a praca w ORLEN-ie miała być dla niego powrotem do trenerskiej elity. Chyba jednak nie spełniła swojego zadania. Od 12 kolejki rozgrywek na czele znalazły się dwa zespoły: Lech Poznań i ORLEN i od tego momentu właściwie mówiono, że te dwie drużyny awansują do I ligi. W 14 kolejce w Płocku został rozegrany pojedynek między obydwoma zespołami, zakończony bezbramkowym remisem. Przed tym meczem Lech zastosował mały wybieg. Zagrał awansem mecz, wygrał i awansował na I miejsce w tabeli. Potem już tylko w 16 i w 17 kolejce sezonu, ORLEN znalazł się na I miejscu, a poza tym, Lech był cały czas na pozycji lidera i nie oddał jej do końca, awansując po meczu z ORLEN-em w rundzie rewanżowej do ekstraklasy. Lech dokonał rzeczy niemal niemożliwej, choć w polskiej piłce wszystko jest możliwe. W poprzednim sezonie drużyna Lecha została cudem uratowana od spadku. Dokonał tego Bogusław Baniak, trener, który pracował niegdyś w Płocku, tyle że nie z pierwszą drużyną. Trener nie tylko uratował zespół przed spadkiem, ale zapewnił awans sześć kolejek przed końcem rozgrywek. Nawiasem mówiąc, Lech wywalczył sobie awans po zwycięstwie nad ORLEN-em. Płockiej drużynie bardzo były potrzebne punkty ewentualnie zdobyte w Poznaniu. Lech grał tak, jakby już świętował. Niestety, płocczanie nie potrafili wykorzystać tej sytuacji. O ile w 1999 roku płocki zespół awansował pewnie i nikt nie mógł mieć zastrzeżeń do gry piłkarzy, o tyle w tym roku, forma prezentowana przez zawodników była poniżej krytyki. Dochodziło do tego, że kibice na obcych stadionach wyśmiewali się z płockich piłkarzy i dziwili, po co awans drużynie, która szans w ekstraklasie nie ma żadnych. Chyba zbyt wcześnie zaczęto głośno mówić o tym, o czym wszyscy doskonale wiedzieli. Ten zespół miał tylko wywalczyć ekstraklasę. Potem konieczne były radykalne zmiany. Trudno zgodzić się na grę w drużynie piłkarza, który absolutnie nie ma ambicji, nie utożsamia się z zespołem, z klubem, z miastem, z kibicami. Piłkarze przez wiele lat żyli sobie w Płocku jak u Pana Boga za piecem. Rzadko byli rozliczani z wyników, kiedy nie szło, zwalniany był trener. Oni nigdy nie byli winni tego, że przegrywali, tracili punkty, spadali do niższej klasy rozgrywkowej. Piłkarze byli nietykalni, niewinni i na swoje usprawiedliwienie mieli zawsze tylko “nie wyszło”. Od wielu lat w Płocku marzy się o ekstraklasie. Czy jest możliwe stworzyć tu taką drużynę, która zostałaby na długo w I lidze, która mogłaby pokusić się o europejskie puchary. Wszyscy to obiecują, stawiają za cel, ale realizacja zawsze napotyka jakieś trudne po przezwyciężenia trudności. Często dyskutuje się o tym, że w Płocku piłkarze zapominają jak się gra w piłkę. Niemal każdy ściągnięty tu, za wcale niemałe pieniądze zawodnik, nagle zaczyna grać kiepsko, nie wyróżniać się, wystarczy wyjazd do innego klubu, by natychmiast odzyskiwali umiejętność strzelania bramek. Przykładów jest mnóstwo, a każdy kibic na pewno dodałby swoje nazwiska na poparcie tej tezy. Zwykle mówi się o tym, że piłkarze w Płocku mają za dobrze. Dostają niezłe pieniądze, bardzo regularnie i bez względu na to, jakie wyniki ma drużyna. Nigdy w klubie nie było zaległości finansowych, należne wynagrodzenia i premie wpływały na konto o czasie. Patrząc na wyniki niektórych drużyn I-ligowych, zespołów borykających się stale, od lat z problemami finansowymi i na zaangażowanie zawodników wydaje się, że tu też potrzebna jest podobna terapia. ORLEN wypadł w tym sezonie fatalnie, a opinii nie zmieni nawet fakt, że drużyna po raz pierwszy w historii klubu, awansowała do półfinału Pucharu Polski i rozegrała kilka ciekawych spotkań. Opinii nie zmieni wyeliminowanie z rozgrywek pucharowych Widzewa Łódź, co napełniło wszystkich płockich kibiców ogromną ilością optymizmu. Dziś wielu z nas czuje przede wszystkim ulgę, udało się, choć naprawdę niewiele brakowało, by ten sezon zakończył się barażami. Kto wie, jak wszystko by się potoczyło, gdyby nie wpadki Szczakowianki. Ktoś z kibiców powiedział, że udało się awansować, mimo ogromnych wysiłków piłkarzy. Płocki klub jest w ekstraklasie, to zdanie z lubością będziemy powtarzać aż do rozpoczęcia sezonu 2002/2003. Potem już wszyscy będą zajmować się meczami I ligi, co mamy nadzieję, będzie bardziej emocjonujące niż pojedynki w II lidze. Znów będzie liczenie punktów, sprawdzanie, czy walczymy o utrzymanie, czy o europejskie puchary. Najważniejsze jednak będzie to, że znów do Płocka przyjeżdżać będą najlepsze polskie drużyny, że o punkty płoccy piłkarze walczyć będą z reprezentantami Polski, powieje wielkim światem. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski Piłkarze dziękują za doping kibicom.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze