Gdy 15 maja 1936 roku ze stacji w Berlinie wyruszył „Latający Ślązak”, trudno było przypuszczać, że po niespełna pięciu godzinach będzie hamował w Bytomiu. Dzisiaj pociąg EuroCity do przebycia tego samego odcinka potrzebuje co najmniej ośmiu godzin. Egzotycznym wydaje się także samo połączenie Berlin–Bytom (wszak czasy świetności tego miasta dawno już minęły). Bytom po I wojnie światowej pozostał w granicach Niemiec. W tamtych czasach był dużym ośrodkiem przemysłowym, w którym zlokalizowane były: huty cynku i żelaza, kopalnie węgla kamiennego oraz kopalnia rud żelaza. Szybkie połączenie tego miasta ze stolicą Rzeszy było więc szczególnie oczekiwane przez szeroko rozumianą klasę średnią, m.in. drobnych biznesmenów i urzędników. To dla nich przygotowano skład posiadający drugą i trzecią klasę wraz ze skromnym bufetem. Przy czym wówczas obowiązywał podział na cztery klasy, gdzie klasa druga odpowiadała dzisiejszej pierwszej. Rozkład jazdy zaś był tak skonstruowany, aby ludzie interesu w ciągu jednego dnia mogli dojechać i wrócić z Berlina. Czas jazdy był wtedy na tyle krótki, że zasadniczo umożliwiał spożycie jednego solidnego posiłku. Dzisiaj jadąc do stolicy Niemiec, możemy do woli rozkoszować się propozycjami wagonu restauracyjnego, gdyż podróży ta pozwala na spokojne zjedzenie co najmniej dwóch posiłków. Cóż, szkoda, że nowocześnie to już było. Roniąc łzy nad tym faktem, posilmy się mielonym befsztykiem. To taka propozycja z czasów międzywojennego kryzysu, kiedy to miał on być skromnym odpowiednikiem befsztyka z polędwicy wołowej. Ponieważ kryzys wrócił, ufajmy, iż w raz z nim powróci i szybka kolej.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze