Reklama

Nie solimy herbaty, nie napadamy na ludzi

08/05/2013 12:42
Nikt z nas nie miał zamiaru niczego niszczyć, ale obsługa świdrowała nas wzrokiem na wylot, śledziła każdy krok. Te spojrzenia bolą, podobnie jak słowa. Już nie mówiąc o traktowaniu nas na co dzień. Nas, pacjentów z dziennego oddziału psychiatrycznego.
Nie ułatwiacie nam powrotu do zdrowia. Mimo wszystko wierzymy, że to dobrze, że się leczymy. I jednocześnie boimy się, co powiedzą w pracy, gdy zobaczą zwolnienie z pieczątką specjalisty lekarza psychiatry. To zawsze wielka sensacja. Pomimo że takie informacje nie powinny opuścić działu kadr, nagle żyje nimi cała firma. Do tego, kto już raz przejdzie do nas, na drugą stronę, traci natychmiast w swoim środowisku dawną tożsamość. Tak było z Piotrem. Koledzy do herbaty po kryjomu sypali mu sól i czekali na reakcję. Często znajdował też swoją marynarkę ze związanymi rękawami. Piotr musiał zmienić pracę i bał się, co będzie, gdy w kolejnym zakładzie dowiedzą się, że leczył się psychiatrycznie. W końcu Płock to małe miasto. Tu właściwie wszyscy wszystkich znają. Koło się zamyka, pętla zaciska… Znikąd wsparcia. A gdy ktoś w pracy ma zawał, to zaraz mu wszyscy współczują, przeżywają ciężki los, zastanawiają się, kiedy chory wróci.

Teściowa się postara

Sposób rodzin na nasze choroby i postawienie nas do pionu to stwierdzenie „weź się w garść”. A powiecie coś takiego człowiekowi, który choruje na raka? Więc uwierzcie nam na słowo, nie da się „ogarnąć”, „wziąć w garść”, „przestać dramatyzować”. Powie wam to każdy specjalistka, że dla osób, które mają zaburzenia snu, schizofrenię czy depresję, takie stwierdzenia to brak zrozumienia i umniejszanie faktycznego problemu.
Są też inne „postawy domowe”. O tym, że Anka leczy się z depresji, wiedzą tylko wybrani członkowie rodziny. Uzgodnili z mężem, że tak będzie lepiej. Nie daj Boże teściowa by się o tym dowiedziała. Natychmiast postarałaby się, żeby Anka straciła prawa rodzicielskie do dziecka. Pewnie najchętniej wygnałaby też synową z domu.
Teściowa Agnieszki wcale nie jest lepsza. Tylko ta wie, że dziewczyna od 15 lat leczy się na depresję. I dokłada jej wciąż swoich mądrości, że Agnieszka nie powinna mieć dzieci, bo się do tego nie nadaje. A najchętniej widziałaby ją na oddziale zamkniętym. To też powiedziała jej prosto w oczy.
Dziewczyna niejedną noc w domu przepłakała, bo czuła się głupia i nieakceptowana. Ze wsparciem przychodził mąż i cierpliwie tłumaczył, że „głupi to są ci, którzy się nie leczą, a ona jest mądra, bo chce z tego wyjść”. To pomogło w podjęciu decyzji o leczeniu, choć gdzieś tam czaił się strach, że potem wypis z oddziału psychiatrycznego łatwo wykorzystać przez rodzinę w sądzie. To taka świetna podstawa do ubezwłasnowolnienia.

W Płocku – 3,
w Warszawie – 40

A jednak leczymy się, bo przecież z depresji czy lęków można się oswobodzić np. na dziennych oddziałach psychiatrycznych w Płocku. Mało kto wie, że istnieje taka forma: alternatywa dla zamkniętego oddziału szpitalnego. Adresowana jest ona do osób z zaburzeniami nerwicowymi, adaptacyjnymi i zaburzeniami osobowości oraz chorobami psychicznymi. W odróżnieniu do lecznictwa szpitalnego taki oddział pozwala na utrzymanie ciągłości między terapią i codziennym życiem bez konieczności rozłąki z rodziną i własnym środowiskiem.
Agnieszka 10 lat leczyła się prywatnie u lekarza psychiatry i dopiero gdy przypadkiem trafiła do innego, dowiedziała się, że w Płocku działają trzy dzienne oddziały psychiatryczne: ogólny w starym szpitalu przy ul. Kościuszki, ABJ Centrum Terapii przy ul. Kolegialnej oraz Oddział Leczenia Zaburzeń Nerwicowych i Leczenia Odwykowego „Vide” przy ul. Sienkiewicza. Dla porównania Warszawa ma ich ok. 40. Niestety, dostać się na taki dzienny oddział nie jest łatwo. Są kolejki i listy oczekujących.
W Centrum przy ul. Kolegialnej jest 16 miejsc. Wszystkie obecnie są zajęte. Terapie trwają po kilka miesięcy. Agnieszka budzi się rano i chce tutaj przyjść. Poznała ludzi, którzy ją rozumieją, specjalistów, którzy rozszyfrowali, o co jej chodzi, którzy znają jej myśli.
Formuła oddziału oparta jest na społeczności terapeutycznej. Tworzą ją wszyscy – pacjenci i personel. Nie znajdziesz tu białych fartuchów. Wszyscy uczestniczą w codziennych spotkaniach. Jak ktoś długo nie przychodzi, ma pewne jak w banku, że ktoś zadzwoni, dopyta się. Grupa dostrzega potencjał swych członków, akceptuje też ich słabe strony.

Czujemy się normalnie

Na naszym otwartym oddziale czujemy się normalnie. Jedną z form terapii jest wyjście na zewnątrz do społeczeństwa. Ośrodek wysyła pisma do różnych instytucji kulturalnych w mieście z prośbą o bezpłatne udostępnienie wystaw, spektakli i prezentacji. Na stałe współpracują z nami Teatr Dramatyczny, Płocka Galerii Sztuki, zoo, Książnica Płocka, Dom Darmstadt, PTTK oraz Muzeum Mazowieckie. Zawsze mają dla nas wolne terminy! To nas cieszy i bardzo nam pomaga. Tomek ma ogólnie lęk przed wychodzeniem z domu. Bardzo przeżywał wyjście do teatru. Kłębiły się pod czaszką pytania – jak on sobie da radę? I nic mu się nie przytrafiło, a spektakl się podobał. Grupa też została bardzo przyjaźnie przyjęta w teatrze.
Z drugiej strony spotykamy się z zachowaniami, które odbieramy jako nieufność. Wyłapujemy te wcale nieukrywane spojrzenia, docierają do nas komentarze. Wiemy doskonale, że pokutuje wciąż stereotyp, że pacjent leczony psychiatrycznie to agresywny, zagrażający otoczeniu człowiek. Nie wszyscy mają tyle siły, żeby sobie z tym poradzić. Łatwiej jest się zamknąć w domu i nie wychodzić. Odciąć się. Odgrodzić. Może wtedy otoczenie będzie zadowolone.
Niewidzialni dla lekarzy
Nasze terapeutki chcą z nami rozmawiać. Inni niekoniecznie. Jakieś 2 miesiące temu do Krystyny przyjechało pogotowie. Zatruła się czymś okrutnie. Do momentu, kiedy lekarz nie wiedział, że leczy się psychiatrycznie, prowadził typowy wywiad. Potem stwierdził, że jest to wymysł choroby i zamiast na izbę przyjęć do szpitala wysłał na konsultację psychiatryczną. Później nasz psychiatra tłumaczył na spotkaniu, że czasami faktycznie trudno mieć z osobą leczoną psychiatrycznie właściwy kontakt, ale szkoda, że nikt nie pomyśli o tym, że taka osoba ma prawo zachorować na inne choroby i nie należy tego bagatelizować ze względu na to, że ktoś bierze leki na nerwicę.
Teraz nauczyliśmy się też po dwa razy sprawdzać, co podpisujemy. W dodatkowych, dobrowolnych ubezpieczeniach zdrowotnych komercyjnych często drobnym druczkiem jest dopisana klauzula „nie obejmuje osób leczonych psychiatrycznie”. I nie dostajemy już 50 zł odszkodowania za dzień pobytu w szpitalu, jak inni ubezpieczeni chorzy. To jednak zdrowi jesteśmy?

Jak żyć?

I jak tu normalnie żyć? Gdy Artur zachorował, to trafił do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Pomoc otrzymał, a do tego instrukcję, żeby poszedł do lekarza o orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, bo to bardzo ułatwi znalezienie pracy. Wiadomo, zakłady pracy otrzymują m.in. z PFRON-u dofinansowanie na tworzenie stanowisk dla niepełnosprawnych, mają też ulgi w składkach. Artur zdobył orzeczenie, dostał pracę i jednocześnie te cięższe zajęcia do wykonania. Reszta załogi go pilnowała. Tu oczywiście też jest druga strona medalu. Jeśli są dwie osoby – jedna utyka na nogę, a druga ma depresję, to kto dostanie pracę? Na pewno nie ta, która będzie szczotką atakować ludzi. Przecież właśnie takie macie wyobrażenia o nas…
I na koniec jeszcze jedno. Warto używać słów, znając ich znaczenie. Czy nie nadużywasz na co dzień sformułowania „mam depresję”? A może tylko chwilowo nie dopisuje ci humor, nie wszystko idzie po twojej myśli i lewą nogą wstałaś? Zazwyczaj też nie wiesz o czym mówisz, gdy twierdzisz, że koleżanka ma „paranoję” albo – jeszcze lepiej – „manię prześladowczą” czy „histerię”. Używanie terminów medycznych w mowie potocznej sprawia, że nabierają one mylnych znaczeń. Depresja to choroba i obecnie ciężki problem społeczny i – podobnie jak schizofrenia – wiąże się z dużym cierpieniem.
Blanka Stanuszkiewicz-Cegłowska
Tekst powstał w oparciu o rozmowy z pacjentami Dziennego Oddziału Rehabilitacji Psychiatrycznej ABJ Centrum Terapii w czasie panelu terapeutycznego. Imiona bohaterów na ich życzenie zostały zmienione.
Komentarz lekarza psychiatry Beaty Swendrowskiej
Jak świat światem osoby z problemami psychiatrycznymi chętniej izolowaliśmy niż integrowaliśmy ze społeczeństwem. Jeszcze w XX wieku istniały potężne ośrodki, osadzone gdzieś w lasach, co jeszcze potęgowało wrażenie tajemnicy. Zamykano tam ludzi często w fatalnych warunkach.
Dziś problemy psychiatryczne bardziej traktowane są jak inne problemy zdrowotne. Przy leczeniu ważnymi elementami są integracja i kontakt społeczny. Ale pewne stereotypy nadal istnieją i mają się świetnie. Społeczeństwo buduje bariery nie do przebicia. Nadal postrzega się osoby korzystające z leczenia psychiatrycznego przez pryzmat chorego człowieka, który jest nieobliczalny i agresywny.
Zaburzenia psychiczne mogą dotknąć każdego. Tak jesteśmy skonstruowani. Są prognozy, że w 2020 roku co czwarta osoba na świecie będzie miała takie problemy. Już widać, że coraz więcej ludzi szuka pomocy. I cóż za paradoks: do psychiatry nie trzeba mieć skierowania – w przeciwieństwie do psychologa.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości