Kto wybrał się na najnowsze przedstawienie teatru płockiego z myślą, że zobaczy kolejną klasyczną inscenizację wielkich tragedii Sofoklesa: „Król Edyp” i „Antygona”, spotkał go zawód. Przedstawienie w reżyserii Jacka Andruckiego starożytną historię rodu Labdakidów łączy ze współczesnymi tekstami Cesare Pavese i muzyką Hansa Zimmera. Miesza się w nim wiek XXI z antyczną Grecją. Przeszło dwugodzinny spektakl grany przez młodych aktorów i adresowany do młodych odbiorców, mimo wszystko obronił się. Andrucki połączył w przedstawieniu dwie sztuki o dziejach nieszczęśliwego rodu Labdakidów. Wymagało to pewnych skrótów, ale teksty „Edypa” w przekładzie Stanisława Dygata i „Antygony” tłumaczonej przez Stanisława Hebanowskiego, mimo reżyserskiej ingerencji, zachowały spójność. Paradoksalnie Andruckiemu pomógł remont teatru. Nie mając do dyspozycji żadnej profesjonalnej sceny, przygotował spektakl w sali koncertowej Szkoły Muzycznej – przestrzeni dyktującej określone warunki. Funkcjonalną scenografię tworzą fragmenty greckich budowli, szkielety kolumn. Dodatkowo pełnią rolę kulis, za którymi znikają aktorzy. Nie ma kurtyny ani zmian dekoracji. Słabo natomiast zostały wykorzystane światła, choć w tych okolicznościach być może lepszego oświetlenia nie dało się uzyskać. W taką scenerię wkracza na scenę rozbawiona grupa młodych ludzi. Chyba się znają, może są aktorami, a może po prostu przyjechali na wycieczkę do kraju bogów. Fotografują, rozmawiają, starają się odczytać szczątki napisów ze starożytnych murów, oglądają kupione pamiątki – teatralne maski. Ktoś posługując się przewodnikiem, przypomina mit o Edypie, zainspirowany przez tajemniczego wędrowca, wyłaniającego się jakby z przeszłości. W tej roli wyrazisty Jerzy Wieczorek, który skupia uwagę do końca przedstawienia, także w roli wieszczka Terezjasza. Zabawa przechodzi w dramat. Aktorzy przekraczają epokę i wcielają się w bohaterów tragedii. Przed oczami widza odsłaniają się kolejne, szokujące karty z biografii króla Teb, który dowiaduje się, że od przeznaczenia nie ma ucieczki, że to on jest zbrodniarzem, choć zrobił wszystko, by straszliwa wyrocznia się nie wypełniła. Tak, jak w tragedii greckiej, aktorzy grają po kilka ról. Chwilami wydaje się, że na scenie jest za dużo postaci jednocześnie. Tworzy się wielka scena zbiorowa, trwająca bardzo długo. Brakuje wyodrębnienia postaci mówiących z tła, a uwaga widza rozprasza się na wszystkie znajdujące się na scenie postacie. Przyciąga uwagę Dorota Cempura w roli Jokasty. Kreujący Edypa Paweł Gładyś nie do końca przekonał o tragiczności swojej postaci. Drugi akt, którego bohaterką jest Antygona (w tej roli Katarzyna Anna Małolepsza), łączy z dziejami Edypa dynamiczna scena walki o Teby, pomiędzy Polinikiem i Eteoklesem - synami Edypa. Wśród odgłosów wojennej wrzawy, aktorzy zastygają, jak rzeźby na antycznym tympanonie. Bratobójcza walka przynosi śmierć obu synom Edypa. Należy ich pochować, zgodnie z prawami bogów, ale nowy władca Kreon też stanowi prawo i zakazuje grzebania zdrajcy. Mariusz Pogonowski wygrał wszystkie odcienie Kreona od bezwzględnego, przekonanego o swoich racjach władcy do złamanego rozpaczą człowieka. Równie emocjonalnie gra Małolepsza. Podwójna lekcja Sofoklesa o człowieku rozproszonym pomiędzy światem rzeczywistym a niezrozumiałym przeznaczeniem, prawami naturalnymi a prawami stanowionymi, ma walor edukacyjny. Atrakcyjna inscenizacja ma szansę przekonać widza do zainteresowania się klasyką tragedii greckiej. Lena Szatkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze