W zasadzie od początku wojny za naszą wschodnią granicą zadajemy sobie pytanie, jak to się skończy? Czy będzie blitzkrieg? Sam takie postawiłem w pierwszym felietonie po rozpoczęciu wojny. Przytoczę krótki fragment tamtego tekstu (całość do odszukania w internetowym wydaniu Tygodnika). „Umiarkowanie wierzę w siłę postsowieckiej armii napastnika, w sprawność sprzętu, którym dysponuje, w profesjonalizm, dyscyplinę i zapał do walki żołnierzy… Tyle, że po drugiej stronie też mamy wojsko odziedziczone po sowietach. Przy tym mniej liczne, słabiej uzbrojone. Pozostaje liczyć na wyższość moralną obrońców własnej ojczyzny”.
Tekst powstał następnego dnia po rozpoczęciu wojny. Nie sposób było przewidzieć, że „po drugiej stronie” nie stanie „wojsko odziedziczone po sowietach… mniej liczne, słabiej uzbrojone”. Owszem, co do liczebności to prawda nadal aktualna, ale jeśli chodzi o uzbrojenie… Przeciętny obserwator nie mógł przewidzieć skali zaangażowania w konflikt Paktu Północnoatlantyckiego, a w szczególności jego najpotężniejszego członka. Ba, nie sposób było prorokować jakiegokolwiek zaangażowania poza tradycyjną „ofensywą dyplomatyczną”). Pamiętamy przecież rok dwa tysiące czternasty…
Dziś po piętnastu miesiącach od rozpoczęcia konfliktu zamiast blitzkriegu mamy, odwołując się do przykładu z historii, współczesne Verdun. Sięgnijmy do niezawodnej Wikipedii. „W zamierzeniu dowództwa niemieckiego walki te miały spowodować wykrwawienie się armii francuskiej; po serii ataków i kontrataków, w których obie strony poniosły duże straty (Cesarstwo Niemieckie – 338 tysięcy żołnierzy, Francja – 348 tysięcy) Verdun pozostało w rękach Francuzów; walki te przeszły do historii jako „piekło Verdun” lub „młyn verdeński”, ponieważ obie strony dziesiątkowały się wzajemnie”. Różnica polega na tym, że obecne armie dysponują środkami pozwalającymi atakować cele położone w dowolnym w zasadzie miejscu (Ukraińcy w znacznie mniejszym zakresie). Toteż poza „wzajemnym dziesiątkowaniem się” na linii frontu mamy do czynienia z systematycznym niszczeniem celów położonych na całym terytorium Ukrainy, a ostatnio także i Rosji.
A co do kontrofensywy… To wielka zagadka. Agresor od pewnego czasu zmienił strategię. Okopał się na linii frontu, odgrodził polami minowymi, a ostatnio wodą… Pytanie zatem jak wielkie postępy mogą poczynić atakujący i jaką cenę przyjdzie im zapłacić za ewentualne odzyskanie okupowanych terytoriów (w części zapewne)? I oczywiście drugie, fundamentalne. Czy w rezultacie, niezależnie od rozstrzygnięć militarnych, dojdzie do zawieszenia działań wojennych i próby wynegocjowania jakiegoś ich zakończenia oraz czy i jak długo Zachód będzie wspierał Ukrainę militarnie, gdyby postanowiła kontynuować walkę?
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze