Jak dowiadujemy się z popularnego filmu “Amelia”, liczba połączeń nerwowych w ludzkim mózgu jest większa niż atomów we wszechświecie. Może to lekka przesada, ale na pewno coś jest na rzeczy, bo mózg pełni w ciele obowiązki nadzorcy całej reszty. Z kiepskim często skutkiem.Zdarza się jednak i tak, że jakiś inny organ decyduje o naszym losie. W przypadku Joe Cockera był to głos, a podporządkowanie mu całego życia okazało się decyzją najlepszą z możliwych. Wschodnie i zachodnie systemy filozoficzne zalecają, by utrzymywać ciało w harmonii i demokratycznej równowadze. Nie wymykając się zbyt często spod kontroli rozumu, nie buntując się przeciw niemu z innymi organami, nader chętnymi do spisków i rebelii. Lecz nie przesadzając także ze ślepym posłuszeństwem wobec umysłu, tego podzwaniającego kluczami nerwów, utykającego dozorcy naszego ciała, zamkniętego w ciemnej stróżówce głowy. Czasem jednak wypada zaryzykować. Zrezygnować ze względnej pewności, spokoju i równowagi. Zakłócić ustalony, dający poczucie bezpieczeństwa porządek. Narazić się na utratę tego wszystkiego, co mądra natura, dobry Bóg, troskliwa rodzina czy szkoła dały nam niejako z przydziału. Tak jak każdemu z trybików w biologicznej albo społecznej maszynie dostaje się kropla oliwy. Kariera Joe Cockera to przykład postawienia wszystkiego na jedną kartę. Ułożenia życia w ten sposób, by było ono jedynie drugim planem, tłem dla wspaniałego, pełnego wewnętrznej siły – niezależnej od licznych słabości otaczającego go ciała – głosu. Głosu, w którym słychać tak wiele emocji i żaru, że musi być głosem serca. Z niewielką pomocą przyjaciół Joe Cocker urodził się w 1944r. w typowej angielskiej rodzinie robotniczej z Sheffield. Już jako szesnastolatek zniechęcił się do nauki w szkole i podjął pracę w miejscowej gazowni. Występował w tym okresie ze swoim starszym bratem Victorem w kilku zespołach, głównie w roli perkusisty. Kusiło go jednak śpiewanie, a zrodzona w młodości fascynacja Rayem Charlesem pozostała mu na całe życie. W wieku lat 19 dochrapał się w końcu w grupie roli wokalisty, i to głównie dzięki temu amatorska formacja podbiła publiczność lokalnych knajp i klubów. W 1964 roku dostał zaproszenie na przesłuchanie młodych talentów i zrobił na tyle dobre wrażenie, że podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt z firmą Decca. Jednak pierwszy singiel z przeróbką beatlesowskiego “I´ll Cry Instead”, mimo promocyjnej trasy koncertowej, przepadł na rynku, zaś młody wokalista, chcąc nie chcąc, wrócił do Sheffield i pracy montera w gazowni. Dwa lata później spróbował po raz kolejny. Wspólnie z przyjacielem Chrisem Stantonem założył grupę Grease Band, która wyspecjalizowała się w wykonaniach standardów bluesowych i soulowych. Muzycy na własny koszt dokonali studyjnych nagrań, które zaintrygowały jednego z menedżerów koncernu EMI. Zaowocowało to następnym singlem, tym razem z autorską piosenką Cockera i Stantona “Marjorine”. Pełen uroku, melodyjny utwór – nagrany w dodatku z tak świetnymi muzykami jak gitarzyści Jimmy Page i Albert Lee – trafił na listy przebojów, wobec czego Cocker został do studia zaproszony ponownie. Zdążył w tym czasie całe zamieszanie i swój w nim udział przemyśleć, toteż na kolejnej sesji nagraniowej powstała wspaniała, przesycona duchem soulu (efekt koncertowych doświadczeń z okresu Grease Band) i zaśpiewana w skrajnie emocjonalnej manierze (podsłuchanej u Raya Charlesa) piosenka “With A Little Help From My Friends” z repertuaru The Beatles. W momencie nagrywania utworu – który swój ostateczny, fascynujący kształt zyskał istotnie przy pomocy przyjaciół: Stantona, Page´a, perkusisty B.J. Wilsona z Procol Harum raz trzech wokalistek w chórku Madeline Bell, Sunny Weetman i Rosetty Hightower – Cocker pewnie nie zdawał sobie sprawy, że tworzy jeden z najsłynniejszych klasyków muzyki popularnej, który już wkrótce nucić będą sobie miliony słuchaczy, i który jemu samemu ukierunkuje w zasadzie całą resztę życia. A życie nie okazało się bynajmniej usłane różami. Choć po sukcesie singla przyszedł sukces, nagranego według podobnej recepty i wydanego w 1969r. albumu, pod tym samym tytułem. Starannie wybrane standardy bluesa, soulu i rocka, wykonywane z renomowanymi instrumentalistami i śpiewane charakterystycznym, ochrypłym głosem złożyła się na repertuar, który podbił serce publiczności. Rok później ukazała się bodaj jeszcze wspanialsza płyta “Joe Cocker, Mad Dogs And Englishmen” z koncertowymi wersjami tych utworów, w rozbudowanym składzie instrumentalnym, zaśpiewanych z niezwykłą pasją, niekiedy w wokalnej ekstazie bliskiej religijnej muzyce gospel. Sam Cocker, choć technicznie u szczytu możliwości wykonawczych, był jednak zupełnie nie przygotowany na taki sukces, nie miał określonych planów artystycznych, a długa, męcząca trasa koncertowa wyczerpała go fizycznie i psychicznie. Po okresie odpoczynku próbował powrócić na scenę nową grupą i repertuarem, nagrywał kolejne albumy, ale nie zdołał odzyskać popularność. Wkrótce popadł na długie lata w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, począwszy od połowy lat 70-tych wydawał płyty coraz bardziej wymuszone, nijakie i wydawało się już, że po prostu podzieli los artystów, którzy nie udźwignęli ciężaru sławy. Na szczęście przyjaciele znowu nie zawiedli. Przy ich pomocy (m.in. Steve´a Winwooda, Roberta Palmera, Sly Dunbara) niespodziewanie powrócił na początku lat 80-tych na listy przebojów i sale koncertowe, a wydana wówczas płyta “Sheffield Steel”, znowu okazała się pełna porywających i zaskakujących wersji dobrze, wydawać by się mogło, znanych standardów. Jeden z nich, zaśpiewana w duecie z Jennifer Warnes piosenka “Up Where We Belong”, nagrana do filmu “Oficer i dżentelmen”, stała się wielkim przebojem i została wyróżniona Oscarem. Kolejne, nagrywane regularnie przez całe lata 80-te i 90-te, albumy pozbawione były co prawda większych artystycznych pretensji, ale nie schodziły poniżej pewnego poziomu, a wiele cockerowskich wersji klasyków (choćby “Unchain My Heart”, “Summer In The City” czy “Don´t Let The Sun Go Down On Me”) wcale nie musiało się wstydzić porównania ze słynnym “With A Little Help From My Friends” sprzed 20 lat. Starszy i o wiele bardziej doświadczony Cocker wiedział już, że nie powinien robić nic więcej niż po prostu śpiewać, że nie musi próbować być niczym więcej niż tylko własnym głosem. Że to naprawdę wystarczy. Szanuj sam siebie Wydana ostatnio płyta Joe Cockera “Respect Yourself” nie przynosi pod tym względem żadnych zmian. Album podzielony został mniej więcej po równo między stare, klasyczne utwory, a napisane w podobnym duchu nowe kompozycje, które służą głównie wyeksponowaniu niepowtarzalnej barwy głosu wokalisty. Płyta o tyle ustępuje jednak kilku poprzednim, że brakuje jej motoru napędowego, przebojowego singla, który pociągnąłby za sobą całość. Nie mają, niestety, tej siły cudze kompozycje (“Every Time It Rains” Randy Newmana, “Midnight Without You” Paula Buchanana ani nawet “Never Tear Us Apart” z repertuaru INXS), owszem, jak należy przebojowe, za mało jednak zaskakujące, za mało różniące się od oryginałów, by czymkolwiek zaskoczyć. Z kolei nowym piosenkom, skądinąd solidnym, rzetelnie napisanym utworom z pogranicza rocka, rhytm´n´bluesa i soulu, z partiami instrumentów dętych w tle (jak “You Can´T Have My Heart˝, “This Is Your Life” czy “I´m Listening Now”) wyraźnie nie dostaje charakteru, wewnętrznej siły – wszystko jedno, melodii czy aranżacji – aby na dłużej pozostały w pamięci. A przecież szanować samego siebie to nie znaczy sobie pobłażać. Czyli w tym wypadku mechanicznie powielać sprawdzoną receptę na sukces. Mimo to cały album z pewnością trzyma poziom, dyspozycja wokalna Cockera mimo upływu lat nadal robi wrażenie (jego chrypka stała się jeszcze bardziej szorstka), zaś on sam, śpiewając o blaskach i cieniach życia, o miłości, rozstaniu, tęsknocie, o cierpkim - ale przecież jedynym, niepowtarzalnym - smaku istnienia, na pewno wie, o czym śpiewa. Starzy wielbiciele wokalisty niewątpliwie będą usatysfakcjonowani, a i przed młodą publicznością nie ma się czego wstydzić. W końcu emocji czy pasji w tych piosenkach wcale nie kryje się mniej niż w pełnych krzyku i furii utworach zbuntowanych idoli nastolatków. Tyle że podane zostają z większym umiarem, z lepszą dbałością o proporcje, ze zbawiennym dystansem do siebie i świata wokół. Bo jak wiadomo częsty przypadek przerostu serca nad rozumem bywa zwykle niezbyt chwalebny w skutkach. Chyba że serce zyskuje instrument, by wygrać na nim swoje kapryśne melodie. Na przykład napięte w gardle struny głosu, w które uderza z wyczuciem smukła dłoń wydychanego powietrza. Maciej Woźniak Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku muzycznemu “Swing” w Domu Handlowym TSS na I piętrze.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze