To była prawosławna Wielka Sobota. Z dziadkiem obsiewaliśmy pole. Dziadek siał, ja pracowałam końmi. Kiedy zabrakło ziarna, wróciłam się po nie do domu. Ciężko było nieść płachtę z ziarnem. Jednak w drodze powrotnej spotkałam mieszkającą nieopodal Ukrainkę, ona pomogła mi zanieść ziarno na pole. Kończyliśmy sianie, gdy nagle usłyszeliśmy szum. To woda chlusnęła z nieba, z wodą spadały na ziemię kule lodu wielkości orzechów włoskich. Wówczas schowaliśmy się pod wóz. Wzburzona woda wyglądała jak mleko, droga na której byliśmy z końmi i wozem nagle przemieniła się w rwącą rzekę. Jeszcze zdołaliśmy się wydostać z dziadkiem na wóz, gdy uderzyła w nas spieniona fala. W jednej chwili wóz się rozpadł, widziałam jak dziadek się modli – głośno, przejmująco, po chwili znikł mi z oczu. Odzyskałam świadomość w pobliskim gospodarstwie. Ludzie, których znałam nie mogli mnie rozpoznać, zrobiła to dopiero Ukrainka, która pomogła mi nieść ziarno. Ona to przypomniała sobie, że przecież przed nawałnicą Janka z Góry z dziadkiem obsiewała pole. Nazywano mnie Janka z Góry, bo gospodarstwo moje było na górze. Tego oberwania chmury mój dziadek nie przeżył.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze