Reklama

IV E ze szkoły Broniewskiego

30/12/2021 12:09

Który absolwent z takim uznaniem i szacunkiem jak Władysław Broniewski powiedziałby o swoim liceum: – Atmosfera szkoły dawała mi wiele. Stamtąd nabrałem sił na całe życie. W płockim Gimnazjum Polskim (dzisiaj Jagiellonka) zakładał drużynę harcerską. Stąd poszedł do Legionów i z tego powodu maturę musiał zdawać w Warszawie. Nauczycieli wspominał z szacunkiem, a nawiązane w szkole przyjaźnie przetrwały burze. Zabytkowy gmach z 1913 roku opuszczają kolejne pokolenia absolwentów. Wielu powraca na zjazdy i jubileusze szkoły. W liceum i poza szkolnymi murami spotyka się wyjątkowa klasa IV E, maturzyści '73. 

IV E (ogólna) mieściła się na parterze. W pierwszych ławkach siedzieli chłopcy, a dziewczyny dalej. Wychowawcą był nauczyciel niemieckiego i łaciny Zdzisław Kowalczyk, przez uczniów nazywany „Bolem”. – Charakterystycznie zgarbiony, ciągle czymś zaaferowany. Swoją rolą wychowawcy bardzo się przejmował. Starał się pomagać uczniom, którzy mieli kłopoty w nauce, odwiedzał ich w internacie. Chodził też do domów uczniów zagrożonych. Wagarowiczów namawiał, żeby nie opuszczali lekcji. Dbał i walczył o swoich wychowanków – wspomina Romka. Zdolna i pilna uczennica, która odkryty w liceum talent literacki rozwinęła w pracy dziennikarskiej, do Jagiellonki i Płocka wróciła po latach książkami „Jagiellończyków biografie niepospolite” oraz „#Przystanek Płock. Czas życia – czas cmentarzy”. 
Zanim profesor Kowalczyk przyszedł do Jagiellonki, miał za sobą sześcioletni staż dyrektorski w Małachowiance. Po aresztowaniu w 1954 roku licealistów należących do antykomunistycznej organizacji „Dzieci Ziemi Płockiej”, został zdegradowany. Miał kłopoty ze znalezieniem posady. Przez jakiś czas uczył w szkole podstawowej. W 1962 roku rozpoczął pracę w LO im. Władysława Jagiełły. Wyrozumiały i życzliwy dla uczniów, do młodych „profesorek” zwracał się per „koleżanko”. 
Kazia zapamiętała swojego wychowawcę chodzącego w czasie dużej przerwy po korytarzu z nieodłącznym notesikiem. Niewysokiego wzrostu, ginął wśród uczniów, ale nie przeoczył wydobywającego się z męskiej toalety szarego dymu. 
– Spokojnie otwierał drzwi, podchodził do delikwentów, wybierał pierwszego z brzegu i w swoim kajeciku zapisywał na szczęście tylko jedno nazwisko – opowiada. 
Kazia chciała zostać nauczycielką, ale lekarz, który podpisywał wnioski na studia, nie zgodził się. Ponieważ miała kłopoty z krtanią, radził, by zmieniła klimat. Z dyplomem pielęgniarki trafiła najpierw do Ciechocinka, potem Polanicy. Zakotwiczyła w Pucku za mężem stoczniowcem. – Byłam matematyczna. Z polskiego nie mogłam napisać więcej niż stronę. Pomagała mi Ela Plata. Z fizyki się nie wyróżniałam, ale nie miałam problemów. Nasz fizyk, profesor Konopka, na wszelki wypadek sprawdził moją wiedzę sadzając na klasówce za katedrą. Blady strach padał na uczniów, gdy przegrywał jego ulubiony klub – był zapalonym kibicem. Lekcja zaczynała się wtedy od: „proszę wyjąć karteczki”. Tak odreagowywał sportowe porażki. 
Henryk Konopka wykształcił wielu płockich medyków.

Lena Szatkowska
Fot. J. Waćkowski

Reklama


Kup e-wydanie Tygodnika Płockiego .

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości