Pełnia wiosny manifestuje się w ogrodach dorodnymi kępami rabarbaru. Czerwone, kwaskowate łodyżki prowokują do kuchennych aktywności. Klasycznie trafiają do kompotu i na drożdżowy placek, co jest to dobre na początek, później można bardziej poeksperymentować. Rabarbar może bowiem z powodzeniem zastąpić jabłka dodawane do smażonej wieprzowiny, czy wątróbek. W postaci chutneya będzie doskonale komponował się z każdym mięsem z grilla. Przepis na rabarbarowy chutney pochodzi z kuchni skandynawskiej, która przez długi czas była bardzo uboga w roślinne dodatki. Zmieniła to Wilhelmina Skogh (1849 – 1926), królowa szwedzkiego hotelarstwa, która (podobnie jak królowa Bona na polskie) wprowadziła na szwedzkie stoły warzywa. Co ciekawe, początkowo chciała nawiązać współpracę ze szwedzkimi rolnikami. Niestety, nie byli tym zainteresowani. W efekcie kupiła ziemię nieopodal jednego ze swoich hoteli i postawiła na niej ogromną szklarnię. Dzięki temu stała się samowystarczalna nie tylko w warzywa, ale i kwiaty, którymi dekorowała wnętrza hoteli.
Chutney rabarbarowy
Skład:
Wykonanie:
Starannie myjemy łodygi rabarbaru i kroimy w kawałki wielkości 1 cm. Obieramy cebulę i kroimy w kostkę. Do garnka przekładamy pokrojony rabarbar, cebulę, garść rodzynek, przyprawy, cukier, sól i ocet. Przykrywamy garnek pokrywką i gotujemy chutney na małym ogniu przez ok. 25 minut. Gorący chutney przekładamy do wyparzonych słoiczków i zakręcamy. Tak przygotowany możemy przechowywać w lodówce ok. miesiąca.
Życie Wilhelminy Skogh potwierdza powielaną w wielu bajkach poradę, iż jeśli udzielisz bezinteresownej pomocy istocie w potrzebie (może to być mrówka, żebrak), to otrzymasz za to hojne wynagrodzenie. Otóż kiedy młoda, bo zaledwie 21-letnia Wilhelmina pracowała w Hotelu Fenix w Alderholmen jako kelnerka i kasjerka (gdyż odmówiono jej stanowiska zarządczego ze względu na wiek), pewnej nocy pojawił się spóźniony gość. Niestety, hotel był już wypełniony, wówczas młoda pracownica odstąpiła gościowi swoją kwaterę i suto nakarmiła. Nieznajomy okazał się wpływowym pracownikiem kolei szwedzkiej, a gdy kolej poszukiwała osoby do prowadzenia restauracji przy dworcu w Storvik, Wilhelmina tę propozycję otrzymała jako pierwsza. Przyjęła ją bez wahania. Wówczas kolej nie dysponowała wagonami restauracyjnymi, stąd dworcowy lokal był skazany na sukces. Przy dobrym zarządzaniu ambitnej kobiety szybko zasłynął z dobrego jedzenia i wysokiej jakości obsługi. Szczególnie duże zyski przynosiła sprzedaż piwa. Dzięki nowej posadzie Wilhelmina wkrótce stała się najlepiej opłacanym menadżerem w regionie. Swoje zyski zainwestowała w swój pierwszy hotel przy dworcu w Storvik. Sukces nie przyszedłby tak szybko, gdyby nie pomoc udzielona nieznajomemu, stąd morał tej historii jest oczywisty – warto pomagać.
dr Izabela Chudzyńska
etnolog, antropolog jedzenia
Fot. Piotr Chudzyński
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze