W telewizji po kilka razy dziennie emitowane są reklamy towarzystw ubezpieczeniowych, które obiecują, że jeśli je wybierzemy, to w razie wypadku niczym nie musimy się martwić. Fachowcy przyjadą, zabiorą uszkodzony samochód, naprawią, a my tylko potem musimy pojazd odebrać. Pewnie większość ludzi ma takie doświadczenia, ale nie wszyscy. Nasz czytelnik odwiedził redakcję zdenerwowany tym, że nie może doczekać się na odpowiedź z płockiego oddziału jednego z zakładów ubezpieczeniowych. – Tuż przed świętami Bożego Narodzenia mieliśmy stłuczkę – opowiada. – Wjechała na nas pani, która chciała wmówić nam winę. To się nie udało, bo szczęśliwie na skrzyżowaniu zamontowany był monitoring i policjanci szybko zdołali odtworzyć przebieg zdarzenia. Pani była niewątpliwie winna. Podała nazwę swojego ubezpieczyciela i odjechała. Potem wszystko potoczyło się zgodnie z planem, ale do pewnego momentu. Nasz czytelnik skontaktował się z ubezpieczycielem, przyszedł rzeczoznawca, ocenił szkodę i zasugerował, by samochód oddać do współpracującego z nimi warsztatu. Co prawda pan T. słyszał negatywne opinie o warsztacie, ale w okresie przedświątecznym nie miał głowy, by szukać innego miejsca. Oddał samochód, podpisał papier, w którym zrzekał się rozliczenia, cedując to na rzecz właściciela warsztatu i ubezpieczyciela, a potem czekał na informacje. Nie ukrywał, że samochód jest mu bardzo potrzebny, bo ma niepełnosprawnego syna. Poruszanie się po mieście z dzieckiem na wózku jest niezwykle uciążliwe, a w okresie przedświątecznym praktycznie niemożliwe. Jak można się było spodziewać, do końca roku samochód nie został naprawiony, a z warsztatu płynęły tylko zapewnienia, że jest remontowany. Wreszcie nasz czytelnik dostał wiadomość, że może pojazd odebrać, ale musi dopłacić 1000 zł, bo taka jest różnica między wyceną, a wartością prac, jakie zostały wykonane. Nasz czytelnik oburzył się i od razu napisał do ubezpieczyciela, by ten podwyższył wartość kosztorysu likwidacji szkody o różnicę kosztów naprawy. – Wydawało mi się, że nie ma takiego prawa, które zmusiłoby mnie do zapłacenia za część remontu auta – mówi. – Ja byłem poszkodowany w tym wypadku i jeszcze miałem dopłacać do naprawy. Jak to możliwe? Dlatego spokojnie czekałem na odpowiedź od ubezpieczyciela. Czekałem dwa tygodnie i nic, nikt nie potrafił mi powiedzieć, jak sprawa zostanie załatwiona. A samochód stał w „areszcie” w warsztacie. Dopiero wtedy pan T. przyszedł do redakcji, by prosić o pomoc. Najpierw zadzwoniliśmy do Biura Rzecznika Ubezpieczonych. Nie było to proste, bo telefon 022 333 73 28 jest niemal cały czas zajęty, ale po wielu próbach udało się dodzwonić i uzyskać pewność, że właściciel warsztatu nie miał prawa tak postąpić. Ekspert wyjaśnił: – Właściciel warsztatu, jeśli nie miał podpisanej umowy z ubezpieczycielem, powinien na bieżąco informować pana T. o tym, że koszty naprawy się zwiększają. Jeśli wcześniej warsztat widział kosztorys i przyjął samochód to wyraził zgodę na naprawę pojazdu za tę sumę. Jeśli ona wzrosła, to właściciel auta powinien o tym wcześniej wiedzieć i wyrazić na to zgodę. Ekspert był pewien, co do swojej opinii, ale to jeszcze nic nie znaczyło, bo nadal od pana T. właściciel warsztatu żądał 1000 zł, zanim wyda pojazd. Zadzwoniliśmy więc do ubezpieczyciela, by zapytać, jakie jest jego stanowisko. Pan w dziale likwidacji szkód wysłuchał historii pana T. i obiecał natychmiast zająć się sprawą. Nie minęła godzina, kiedy otrzymaliśmy od naszego czytelnika informację, że nie musi nic płacić i może odebrać samochód. Ponieważ sprawa po naszej interwencji została załatwiona natychmiast, nie piszemy, o jakie towarzystwo ubezpieczeniowe chodziło, ani o jaki warsztat, w którym dokonywana była naprawa. Mamy nadzieję, że taka sytuacja już się nie powtórzy, a właściciele aut nie będą musieli dokonywać dodatkowych opłat, by odebrać samochód. Smaczku całej tej sprawie dodaje fakt, że auto warte było, według oceny likwidatora szkody, około 2400 zł. Naprawa szkody miała wynieść 2500 zł. Ponoć ubezpieczyciel stwierdził, że gdyby wartość naprawy była większa niż samochodu, to wtedy auta nie należy naprawiać, tylko wypłacić pieniądze panu T. Tym bardziej dziwne jest więc to, że warsztat zdecydował się na naprawę o 1000 zł wyższą niż przewidywał kosztorys. Ale to już temat na inne rozważania. Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze