Skandynawia, obecnie zamożna, przez wieki walczyła z ubóstwem i nierzadko z głodem. Ostry klimat, który nie sprzyjał hodowli bydła i uprawie ziemi, zahartował jej mieszkańców. Powszechnym zajęciem Skandynawów stało się rybołówstwo, stąd też mnogość dań rybnych w ich kuchni. To właśnie jedno z owych dań jest dla mnie koronnym dowodem na niezwykłą siłę przetrwania jaka drzemie w tych potomkach Wikingów, ponieważ nie mam pojęcia jak głodna musiałabym być, aby zjeść kiszonego śledzia. A przygotowuje się go z drobnych śledzi, które się soli, a następnie kisi. Kiedy fermentacja dobiega końca śledzie trafiają do hermetycznie zamkniętych puszek. Do spożycia nadają się kiedy puszka spęcznieje, a jej otwarcie to nie lada przeżycie i gwałt dla narządu powonienia. Niekiedy, dla zmniejszenia przykrego efektu związanego z otwieraniem puszki czyni się to pod wodą. Wówczas proces ten staje się bardziej znośnym dla otoczenia, lecz do bezwonności i tak mu daleko. Dodam tylko, że śledzia tego niekiedy popijają mlekiem. W dobie szukania kulinarnych wyróżników śmierdzący śledź stał się sztandarowym daniem w Szwecji. Nawet ma swoje święto, które przypada na trzeci czwartek sierpnia. I jest to data, która każdego roku otwiera sezon sprzedaży kiszonego śledzia. W sąsiedniej Norwegii też kisi się ryby, tylko, że są to pstrągi, zaś na Islandii rekiny. Skandynawowie, poza kiszonymi rybami, na szczęście jedzą też i mniej wonne oraz mniej kontrowersyjne dania z ryb. A ich przykładem jest choćby poniższa sałatka.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze