Maciej Gabryelczyk od lat jest zapalonym kolekcjonerem. Spotkaliśmy go w Rock’69 na specjalnej edycji Giełdy Płyt Gramofonowych „Zawsze Świeża Muzyka Z Talerza”. Przekonuje, że winyle to żaden relikt przeszłości. To kawał historii muzyki i cudowna jakość dźwięku, o której cyfrowe wersje mogą pomarzyć. Kolejne zalety czarnych krążków? Można ich nie tylko z zachwytem słuchać, ale i oglądać. Okładki winyli to często dzieła sztuki. Chcielibyście je obejrzeć w Muzeum Płyty Winylowej? Są plany, by otworzyć takie miejsce w Płocku.
Kolekcja Macieja Gabryleczyka to przeszło 3 tys. krążków. Zbiera je od czasów licealnych. W latach 60. nieoceniona okazała się pomoc rodziny z Nowego Jorku. – Wszyscy szukaliśmy wtedy możliwości wymiany płyt, dlatego nawiązałem kontakt z prezenterami radiowej Trójki – wspomina.
Jeździł do Sopotu do Grand Hotelu, gdzie pod koniec lat 60. i na początku 70. znany radiowy prezenter Piotr Kaczkowski prowadził dyskoteki. Trudno było tańczyć przy Hendrixie, ale już przy czeskiej kapeli Flamengo – tak. To był jednak czas rockowego boomu. Dziś Maciej Gabryleczyk słucha mniej ostrego rocka. Preferuje klasykę, ballady amerykańskie oraz rodzimą twórczość Grechuty, Niemena i Ewy Demarczyk. Przyznaje też, że przez chwilę zdradził winyle, gdy na rynek weszły kasety, a potem krążki CD. – Mam nawet walkmana i sporą kolekcję kaset. Warto je zostawiać. Mają swoją wartość – podkreśla. Winyl to jednak winyl. Dzisiejsza cyfrowa technika nagrywania jest od niego dużo słabsza i uboższa. Podziela zdanie Wojciecha Manna, że winyl jest bardziej „ludzki”. – Ma ciepło, ma przestrzeń i jest precyzyjniejszy. Jeśli chodzi o samo nagranie, o akustykę – naturalny, linearny dźwięk, którego kompakt nie przenosi – rozpływa się w zachwytach.
W swojej pasji nie jest odosobniony. Spotyka coraz więcej kolekcjonerów winyli w Płocku, m.in. na giełdach w Rock’69, ale też na Jarmarku Tumskim, gdzie miał swoje stoisko wystawiennicze. Jest też stałym bywalcem wielu giełd, na których wyszukuje kolejne perełki. Posiada wiele rarytasów z pierwszego tłoczenia m.in. pierwsze wydania nagrań Luisa Armstronga, Franka Sinatry, zespołów The Beatles czy The Rolling Stones. Niektórych długo szukał także za granicą, gdzie dłuższy czas mieszkał, na różnego rodzaju giełdach. – Często ludzie nie wiedzą, co mają i sprzedają płyty za bezcen. Chcą się ich zwyczajnie pozbyć – mówi. Przez chwilę płyta winylowa stała się niemodna, a okazuje się, że jest nośnikiem najtrwalszym, jeśli chodzi o jakość dźwięku. Stąd powrót melomanów do czarnych krążków. Na rynku muzycznym nie brakuje winylowych nowości. Jest również sprzęt, do tego by je odtwarzać. Nawet do starych adapterów i gramofonów produkowane są uniwersalne igły.
Naturalnym rozwojem pasji M. G. jest chęć prezentowania swojej kolekcji. Dlatego pojawił się pomysł na muzeum. – Chciałbym, żeby to było nie tylko miejsce pokazania samego kunsztu i jakości płyty winylowej i to od czasów przedwojennych. Chodzi też o miejsce w Płocku, w którym można było się spotkać, posłuchać muzyki, wymienić płytami. Żeby nie trzeba było daleko jeździć – tłumaczy. W muzeum swoje miejsce znaleźliby też płocczanie. W końcu Lao Che i Farben Lehre też mają swoje winylowe wydania. Zapowiada się więc ciekawa atrakcja i do tego nie tylko turystyczna dla miasta. Lokalizacja? Maciej Gabryleczyk wstępnie myślał o budynku po dawnym urzędzie pocztowym. Zgłosił propozycję do ratusza. Ten wytypował jednak inne wolne lokale w obrębie ul. Kolegialnej. Na rozruch muzeum potrzeba 800 tys. zł. Projekt znalazł się wśród propozycji do Budżetu Obywatelskiego, na które głosować można do 2 października. – Mam nadzieję, że wygramy – tłumaczy płocczanin. A jeśli nie? – Na pewno nie odłożymy pomysłu na półkę – zapewnia. BeeS
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze