Reklama

Zmodyfikowane

26/03/2019 15:14
Przemieszczając się między półkami sklepowymi, co i rusz widzimy na etykietach towarów żywnościowych umieszczony w widocznym miejscu napis „wolne od GMO”. Cieszy nas to, gdyż dobrze jest kupować zdrową, naturalną żywność, w której geny nikt nie ingerował. Od zarania ludzkości „niewiadome” budziło grozę, stąd zupełnie naturalny jest strach przed organizmami genetycznie modyfikowanymi. Same geny są trudne do wyobrażenia i trochę przerażają. Zmiany w nich wydają się z jednej strony niesamowitym postępem naukowym (to jest fakt), z drugiej „gwałtem na naturze” (to też, choć człowiek czyni to na dużą skalę już od czasów wynalezienia rolnictwa), zatem czymś złym. Pierwsze próby przeniesienia materiału genetycznego z jednego organizmu (była to żaba szponiasta) do drugiego (bakterii) przeprowadzili amerykańscy uczeni w 1974 roku. Nie było to jedynie „naukowym wyzwaniem”, ale próbą przed pierwszym praktycznym wykorzystaniem inżynierii genetycznej. Bowiem pod koniec lat siedemdziesiątych do bakterii przeniesiono gen człowieka odpowiedzialny za syntezę ludzkiej insuliny i hormonu wzrostu. W ten to sposób za pośrednictwem organizmów modyfikowanych genetycznie zaczęto produkować ważne dla nas leki. Stosowanie technologii inżynierii genetycznej w medycynie nie wywołało specjalnych kontrowersji, w przeciwieństwie do rolnictwa, a dokładniej produkowanej przez nie żywności. Zasadniczo w Unii Europejskiej nie ma powszechnego przyzwolenia na uprawę roślin genetycznie modyfikowanych (co nie oznacza, że takowe nie są uprawiane). Nie znaczy to również, że europejski konsument nie ma do czynienia z roślinami GMO. Otóż, Unia Europejska jest największym importerem tych roślin na świecie (głównie jest to soja i kukurydza). Niemniej, informacja, że gros soi dostępnej konsumentom pochodzi z upraw GMO, spowodowała, że obecnie trudno kupić nasiona tej rośliny, którą jeszcze kilka lat temu polecano weganom i kobietom w wieku menopauzalnym (co w obu przypadkach miało sens zdrowotny).

Roladki z indyka faszerowane kiełkami soi


Skład:

 1 kg filetu z indyka;
 3 łyżki sosu sojowego;
 4 łyżki kiełków sojowych;
 1 mała marchewka;
 1 por (biała część);
 8 plasterków wędzonej szynki;
 3 łyżki masła klarowanego;
 1 szklanka bulionu drobiowego (może być z kostki);
 pół szklanki białego, wytrawnego wina;
 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej;
 sól, świeżo zmielony czarny pieprz.

Wykonanie:
Filet z indyka starannie myjemy i osuszamy papierowym ręcznikiem. Kroimy mięso na plastry i zbijamy tłuczkiem do mięsa z obu stron (powinno być dość cienkie). Każdy plaster mięsa skrapiamy sosem sojowym i oprószamy świeżo zmielonym pieprzem. Obieramy marchew i kroimy w słupki o długości ok. 4 cm. Por po dokładnym opłukaniu kroimy w paski. Na małej patelni podgrzewamy łyżkę masła, na którym przesmażamy marchew, por i sojowe kiełki. Na każdy plaster mięsa kładziemy plaster szynki i układamy na nim warzywne nadzienie. Rolujemy mięso i spinamy szpilką do mięsa. Na patelni rozgrzewamy pozostałe masło i obsmażamy na nim mięsne roladki. Roladki powinny być przyrumienione z każdej strony. Następnie wlewamy wino i gotujemy całość do momentu odparowania płynu. W dalszej kolejnoœci dolewamy bulion i przykrywamy patelnię pokrywką. Roladki dusimy pod przykryciem ok. 20 minut. Po tym czasie dolewamy do sosu rozprowadzoną w zimnej wodzie mąkę ziemniaczaną, która zagęści sos. Tak przygotowane danie serwujemy z ryżem z czerwoną fasolą i posiekaną natką pietruszki.
Uwaga: Jeżeli nie zdołamy kupić kiełków soi, możemy przygotować farsz tylko z marchewki i pora, ewentualnie dodać pokrojonego w słupki selera.

Żywność organiczna to taka, którą rolnik produkuje w warunkach poszanowania œrodowiska naturalnego, w wolnym od chemii gospodarstwie, gdzie uprawia się tylko „czyste rośliny”. Natomiast za uprawami GMO stoją ogromne koncerny biotechnologiczne. Jakby tak przedstawiała się rzeczywistość, byłoby nam łatwiej, niestety za żywnością organiczną też stoi wielki biznes, jak np. firma Coca-Cola czy Heinz, zaś za roślinami GMO rolnicy, którzy nie chcą używać w swoich gospodarstwach ogromnej ilości pestycydów. Cóż, jak biją się „giganty”, to niezmiernie trudno oddzieliæ ich interesy od prawdy.

dr Izabela Chudzyńska
etnolog, antropolog jedzenia
fot. Piotr Chu­dzyń­ski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości