Trudno uwierzyć, że kraj zajmujący powierzchnię trochę ponad 20 000 km kw. ma tyle do zaoferowania odwiedzającym go turystom. Leżącą pomiędzy Austrią, Włochami, Chorwacją i Węgrami, Słowenię na północy przecinają góry (region Gorenjska), na zachodzie wzgórza i doliny z licznymi zjawiskami krasowymi (region Primorska), na południu i południowym - zachodzie lasy (region Notranjska), na północnym-wschodzie równiny (Prekmurje). Słowenia ma także niewielki odcinek wybrzeża Adriatyku. Nazywana jest zieloną perłą Europy.
Z Polski do Słowenii wcale nie łatwo dotrzeć. Biorąc pod uwagę fakt, że samoloty i kolej jeszcze nie dostosowały cen biletów do kieszeni studenta, trzeba szukać innego rozwiązania. Nam udało się znaleźć sezonową linię autobusową do Chorwacji, której trasa wiodła przez Słowenię. Za dwa bilety studenckie typu „open” zapłaciłyśmy około 600 zł. Warto więc szukać tańszych rozwiązań na własną rękę, bo autobusy nadal są najtańsze, a dojechać można do kilkunastu miast w Europie.
O szóstej rano na Dworcu Zachodnim w Warszawie tłumy kłębią się jedynie przed autokarem do Paryża. Do Chorwacji jedzie niewiele osób – głównie studenci. Mimo, że od maja Polska jest członkiem UE, to na wszystkich granicach- słowackiej, austriackiej, słoweńskiej - paszporty są wymagane. Jednak czas oczekiwania na przekroczenie granicy bardzo się skrócił. Przez całą Słowenię, którą oglądamy nocą – ogromny korek - zmiana turnusu i mnóstwo Austriaków, Polaków, Francuzów jedzie wypoczywać do Chorwacji.
Wysiadamy gdzieś w pobliżu chorwackiej granicy, żegnając autokar, który rusza poprzez Zagrzeb, dalej na południe aż do Puli. O świcie, już samochodem, z zaprzyjaźnionym słoweńskim studentem, przybywamy do stolicy kraju - przepięknej Ljubljany (czyli Umiłowanej). Miasto, liczące 330 tys. mieszkańców z górującym nad nim zamkiem, przecina rzeka Ljubljanica. Oba jej brzegi łączy kilka zabytkowych mostów, m. in. - Szewski i Smoczy. Szczególnie ciekawy jest most Potrójny (Tromostovje) - pomiędzy starym Miastem a placem Prešerna - narodowego poety Słowenii, tworzącego w XIX w., autora pięknych sonetów, którego życie trochę przypomina losy Adama Mickiewicza
Zwiedzanie zaczynamy od Starego Miasta. Na Mestni trg znajduje się XV- wieczny ratusz, który wieńczy złoty smok – symbol miasta. Z nim też wiąże się anegdota – gdy przez Smoczy most przechodzi dziewica - smoki merdają ogonami. Obok ratusza jest fontanna Robby z 1751 roku, wykonana na wzór rzymskiego oryginału, przedstawiająca trzech tytanów, przelewających wodę z dzbanów- symbol trzech rzek Słowenii - Sawy, Ljubljanicy i Krki. Dalej poszliśmy na spacer przez Stari trg, Levstikov trg z fontanną Herkulesa aż do kościoła św. Floriana. Trzeba pamiętać, że odpowiednik polskiego targu to tržnica, a Stari trg to po prostu Stary plac. Z kościoła, Ulicą na Grad doszliśmy na Wzgórze Zamkowe. Zobaczyliśmy kaplicę św. Jerzego z płaskorzeźbami, freskami i tarczami herbowymi książąt Carnioli oraz wieżę zamkową, do której prowadzi 150 schodów. Roztaczająca się stamtąd panorama miasta jest warta długiej wspinaczki. Dzień najlepiej zakończyć w którejś z wielu kawiarni usytuowanych po obu stronach Ljubljanicy. Nie łatwo znaleźć wolne miejsca, ale należy próbować, bo wieczór nad rzeką urozmaicają liczne koncerty - od rockowych po jazzowe, na których nie obowiązują eleganckie stroje, a wstęp jest bezpłatny i zależy od indywidualnego gustu. To zazwyczaj właściciele kawiarni chcąc przyciągnąć klientów, zapraszają różne grupy muzyczne. Nie brak także wolnych strzelców. Na jednym z mostów załapaliśmy się na nawet na Come on baby, light my fire.
Ljubljana na pierwszy rzut oka to miasto zabytkowe i spokojne, ale nie brak w nim budynków nowoczesnych. Wiele z nich to wydziały uniwersytetu. Oprócz pięknego starego miasta, stolica Słowenii może poszczycić się naprawdę ładnym parkiem Tivoli z zamkiem, dużym kompleksem muzealnym z Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Galerią Narodową, pięknym budynkiem opery i serbską cerkwią świętych Cyryla i Metodego – unikatowym budynkiem sakralnym, biorąc pod uwagę fakt, że większość ludności to katolicy.
Szmaragdowy Bled
Po prawie tygodniowym pobycie w stolicy, nadszedł czas na zwiedzanie innych zakątków kraju. I choć Słowenia jest niewielka i z jednego końca kraju na drugi można się dostać w trzy godziny, to jednak na zwiedzenie jej potrzeba co najmniej trzy tygodnie. My mieliśmy mniej więcej dziesięć dni, więc program był niestety mocno okrojony. Po przejrzeniu opasłego tomu słoweńskiego przewodnika, zdecydowaliśmy się na wizytę nad morzem i w górach.
Górski etap wycieczki rozpoczął się nad jeziorem Bled - chyba najbardziej znanym uzdrowiskiem, będącym wizytówką Słowenii. Nic więc dziwnego, że ceny nad szmaragdowozielonym jeziorem są niebotyczne. Ilość hoteli i kasyn tylko to potwierdza. Dlatego wśród turystów najczęstszymi gośćmi są Austriacy i Włosi.
Pośrodku jeziora znajduje się mała wyspa z barokowym kościołem. Można na nią dotrzeć gondolą lub łódką. Przy kościele stoi dzwonnica z „dzwonem pragnień”, w który uderzają wszyscy turyści, chcący prosić o jakąś łaskę. Ponad 100 metrów nad poziomem jeziora wznosi się zamek Bled z XI wieku. W zamkowym muzeum można oglądać kolekcję oręża, rzeźb i biżuterii.
Około 30 km od Bledu można zobaczyć jezioro Bohinj. Osiągający miejscami głębokość 45 metrów zbiornik jest otoczony górami i przy dobrej pogodzie widać nawet najwyższy szczyt Alp Julijskich - Triglav (2864 m). Jezioro jest bardzo czyste i bez trudu w wodzie można zobaczyć całkiem duże ryby. Gorzej natomiast z turystami - większość woli kajaki, bo woda jest przeraźliwie zimna. Nie brak natomiast chętnych na piesze górskie wędrówki. Wspinaczka górska jest w Słowenii bardzo popularna i prawie wszyscy chodzą po górach. Niech nam się jednak nie zdaje, że szlaki są łatwe. Wejście nawet na 1800 metrów wymaga dobrej kondycji, a im wyżej w górę, tym bardziej stromo i niebezpiecznie. Ścieżki pną się pośród ogromnych skalnych ścian i często mieści się na nich tylko jedna osoba. Ciekawostką natomiast jest fakt, że wypasanie krów na wysokości 1500 metrów nie stanowi w Słowenii żadnego problemu. Szczerze mówiąc do dziś nie mogę sobie wyobrazić, jak dostojna krowa może wejść tak wysoko. Owce w Tatrach są o wiele bardziej prawdopodobne.
Z regionu górskiego przenieśliśmy się do Primorskiej, by podziwiać mały kawałek Adriatyku. W drodze nad morze zatrzymaliśmy się w jaskini Postojnej (region Notranjska). Postojna jest z pewnością jedną z najpiękniejszych jaskiń na świecie. Ponad 27 km korytarzy, sal i galerii należy koniecznie zobaczyć. Część jaskini ogląda się z wagonika, a potem rozpoczyna się spacer. Zobaczyć można białe stalaktyty, stalagmity, o rozmiarach od drobnych „spaghetti” po ogromne kolumny. Wrażenie robią także „ludzkie ryby”, umieszczone w specjalnym zbiorniku wodnym. Są to małe różowe salamandry, które nie lubią światła i mogłyby być młodszymi siostrami smoka.
Cesarskie konie
Kontynuując wyprawę nad morze, nie ominęliśmy Lipicy. Lipica jest znana na świecie z hodowli wspaniałych koni. Niegdyś była tu stadnina arcyksięcia Karola, który zamierzał hodować konie dla Hiszpańskiej Szkoły Jazdy Konnej w Wiedniu. Białe Lipicany, jedne z najlepszych koni wierzchowych na świecie, po urodzeniu są szare, gniade lub kasztanowe. Dopiero po kilku latach ich skóra staje się biała. Stadnina jest otwarta dla zwiedzających. Największą atrakcję stanowi pokaz „tańca”, ale niestety nam nie udało się na niego zdążyć. Mimo wszystko warto zobaczyć cesarskie konie nawet te pasące się na pastwiskach.
Z Lipicy ruszyliśmy do Piranu, malutkiego nadmorskiego miasta nazywanego perłą weneckiej architektury gotyckiej. Po spacerze wąskimi uliczkami od starego kościoła w dół, w stronę placu Tartiniego, koniecznie trzeba zatrzymać się na lody, które w Słowenii są naprawdę pyszne.
W drodze powrotnej do Ljubljany zjedliśmy obiad w gostilnie - przydrożnej restauracji, próbując pršut – cieniutko pokrojoną, suszoną szynkę, podawaną z oliwkami i kawałeczkami żółtego sera. Do tego włoski deser panna cotta i wino – zestaw na niezapomniany posiłek.
Słoweńcy są narodem przyjaznym i życzliwym turystom. Większość osób bez problemu wskaże nam drogę. Język angielski jest tu bardzo popularny.
Oprócz pobytu w Ljubljanie, dzięki uprzejmości rodziny państwa Kunavarów, którym składamy serdeczne podziękowania za gościnę, miałyśmy okazję pomieszkać kilka dni na wsi i spróbować pysznego chleba, który wypiekała gospodyni. Rzeczą typową dla Słowenii są specjalne drewniane stojaki na siano, prawie domki, tzw. kazolce, na których rozkłada się wilgotne siano, aby lepiej wyschło. Nigdzie nie znajdzie się popularnych w Polsce stogów.
Słowenia to wymarzone miejsce na wakacyjne podróże. I choć o tym kraju prawie wcale się u nas nie słyszy, to być może zmieni się to po meczu płockiej reprezentacji piłkarzy ręcznych z drużyną słoweńską Celje Pivovarna, który odbędzie się 31 października.
My z pewnością wrócimy tam za rok.
Tekst i fot.
Marta Alicja Szatkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze