Wśród biegów terenowych, najtrudniejszym, najbardziej wyczerpującym, tylko dla najlepszych, jest Bieg Katorżnika. W XII, XIII i XIV edycji biegu, najlepszym był płocczanin Przemysław Głoskowski
. Najszybciej z ponad 1450 zawodników pokonał trasę 12 km. Potrzebował 2 godz. 03 min i 07 sek., by w błocie, wodzie, na bagnach, w rowach, w smrodzie i stęchliźnie, atakowany przez pijawki i inne robactwo pokonać wszystkich rywali.
Już przed wyjazdem, w rozmowie z Tygodnikiem Płockim zapewniał, że chce wygrać XV Katorżnika:
– Nie czuję się faworytem, ale fakt, jadę do Lublińca po czwarte zwycięstwo. To moje marzenie, żeby zapisać się na kartach historii biegu. Do tej pory nikt nie wygrał cztery razy z rzędu. Zresztą każdy startujący jedzie tam po wygraną. A konkurencja jest bardzo duża.
Tradycyjnie od lat zapisy na Bieg Katorżnika w Lublińcu trwały kilkanaście minut, po których bardzo szybko wyczerpany został limit startujących. Ale trudno się dziwić, skoro organizatorzy tak zachwalali swoją imprezę. „Nie tylko pot i łzy, ale jest też dużo krwi, skręceń, zerwań i zasłabnięć. Pomimo przebywania w wodzie dręczyć Was będzie pragnienie, a w chwilach słabości nie otrzymacie pomocy”.
Z obserwacji organizatorów, czyli Wojskowego Klubu Biegowego Meta wynika, że są tacy uczestnicy, którzy w biegu startowali nawet kilkanaście razy. I zapewniają, że to nie jest w pełni tego słowa znaczeniu impreza biegowa. Poruszanie się po trasie ma więcej wspólnego z chodzeniem, brodzeniem i pełzaniem, niż bieganiem, a najważniejsza jest pogoda. Jeśli jest susza, poziom wody w zbiornikach i rowach jest niższy, a trasa ma więcej odcinków leśnych, czyli tak jak w tym roku. A jednak dla wszystkich największym zaskoczeniem była konsystencja błota, które okazało się wyjątkowo ciężkie i grząskie, nawet pożerało buty zawodników.
Mimo tego uczestnicy nie wyobrażają sobie, że mogliby w biegu nie wystartować. – Potrzebna jest żelazna kondycja i spora odwaga. Zawody rozgrywane były na terenie byłej Jednostki Wojsk Komandosów w Lublińcu, co roku w zupełnie innym, jeszcze bardziej niedostępnym miejscu. W tej edycji musieliśmy przebrnąć przez jezioro, przebiec przez lasy z połamanymi drzewami, pniami i jak zwykle ścigać się w rowach melioracyjnych – wyjaśnia najlepszy polski katorżnik.
Przemysław Głoskowski do Biegu Katorżnika przygotowywał się w Tatrach. – Mieszkałem w schronisku na wysokości 1146 m. Od wyjścia ze schroniska zaczynałem trening, idąc w góry. Stopniowo przyzwyczajałem mój organizm do produkcji coraz większej ilości czerwonych krwinek, by w efekcie, startując na niższym pułapie, zdecydowanie poprawić wydolność. Codziennie miałem do pokonania około 16-18 km, biegając na okoliczne szczyty. Co prawda trudniej jest tam oddychać, ale organizm adaptuje się i daje moc w nogach, a o to przecież chodzi. Po treningu obowiązkowo czekała mnie kąpiel w lodowatym strumieniu. W sumie codziennie spałem 9-10 godz., pozwalałem sobie także na 35 min drzemki w ciągu dnia. Jak widać, ten reżim przyniósł rezultat. Wygrałem po raz czwarty.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze