Tak się mówi o starcie naszych orłów w tokijskich igrzyskach. Przed tygodniem napisałem komentarz, z którego powinienem się po angielsku wycofać. Czternaście medali, najwięcej w dwudziestym pierwszym wieku… Rzeczywiście, najwięcej. Ex aequo z Sydney w dwutysięcznym. Tyle, że tam było sześć złotych. Ale po dwudziestoletniej mizerii, balansowania na granicy dziesięć – jedenaście tegoroczna zdobycz wygląda całkiem, całkiem…
A le jak się bliżej przyjrzeć, to cóż widzimy, proszę Szanownej Publiczności? Polski sport to w zasadzie lekkoatletyczny stadion plus woda. Ale ta w otwartych akwenach, bo na basenie nędza. Podobnie jak w halach, na boiskach i gdzie tam się jeszcze sport uprawia. A jak weźmiemy pod lupę lekkoatletykę, to cóż zobaczymy? Ponad połowa zdobyczy to zasługa młociarzy i jednej wyjątkowo utalentowanej oszczepniczki. Tyle zostało z potęgi w rzutach. Kula i dysk – katastrofa! Skocznie możemy pominąć, bo tu nawet najwięksi optymiści chyba nie zobaczą światełka w tunelu. Na bieżni od lat można liczyć na sztafety biegające na jedno okrążenie. Męskie, damskie, mieszane… Jeśli policzymy, ile konkurencji biegowych jest w programie, to mizeria bije w oczy. A przecież mówimy o dyscyplinie, która zaliczyła historyczny wynik. Dziewięć medali, w tym cztery złote. Nawet słynny „Wunderteam” nie mógł się pochwalić takim wyczynem! A przecież na igrzyskach rywalizowano w czterdziestu dwóch dyscyplinach sportowych! Nasze orły wystartowały w dwudziestu ośmiu, medale zdobywaliśmy w pięciu… A reszta? Niestety, nie było tak, że „ocierali się o podium”. Czwarte, piąte, szóste… OK, nie wszyscy się mieszczą na „pudle”. Ale to w naszej ekipie rodzynki. Dominowały liczby, czternaście, dwadzieścia cztery, trzydzieści cztery… I tu trzeba pytać, po co tam pojechali? A wielu z tych przegranych to medaliści mistrzostw świata czy Europy. To skąd ten „paraliż olimpijski”?
Osobny rozdział to gry zespołowe. Eliminacje olimpijskie przebrnęli siatkarze i koszykarze w nowej odmianie „trzy na trzy”. I obie zakończyły udział w zabawie w najwcześniejszym możliwym momencie, kiedy zakończyły się rozgrywki w grupach i zaczął system pucharowy (przegrywający odpada). Tyle że koszykarze do „pucharów” w ogóle nie awansowali, a siatkarze owszem, i to z pierwszego miejsca. Ale to przecież aktualni mistrzowie świata! I to dwukrotni z rzędu! Mieli przełamać „klątwę ćwierćfinału”. Nie udało się. Piąty raz z rzędu. Oczywiście można się pocieszać, że nie z byle kim, bo ich pogromcy skończyli ze „złotem”. Ale jakoś… W ogóle swoje odczucia po Tokio mógłbym skwitować cytatem z pewnego polityka. Doceniam, ale się nie cieszę…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze