Nie miałam żadnych złych przeczuć. Mąż wiele razy zostawał w pracy po godzinach. Nie zastanawiałam się, dlaczego jeszcze nie ma go w domu. I nagle dzwoni do mnie kolega Czarka. Mówi o remoncie zbiornika, wybuchu gazu, poparzonych dwóch mężczyznach. W słuchawce słyszę, że jest bardzo źle. Myślę: pewnie mąż rękę poparzył, może nogę… Mąż miał poparzone 90% ciała. To zdarzyło się 1 lipca 2008 roku. Dzień przed wypadkiem planowaliśmy wakacje. Zastanawialiśmy się, gdzie pojedziemy. Czarek chciał nas koniecznie zawieźć na wczasy. Mówił, że przecież sama sobie nie poradzę z dwójką dzieci, w tym z Łukaszem na wózku inwalidzkim. Kilka dni wcześniej poszedł jeszcze z synem na bal szóstoklasistów, organizowany tradycyjnie na zakończenie szkoły podstawowej. Wrócili zadowoleni, a za parę dni stała się tragedia.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze