Historia zaginięcia Dawida Żukowskiego, chłopca z Grodziska Mazowieckiego wstrząsnęła całym krajem. W jego poszukiwania zaangażowani byli płoccy terytorialsi z 64 Batalionu Piechoty Lekkiej. – To była pierwsza tego typu akcja, w której wzięliśmy udział – mówi szeregowy Mariusz Milewski. W czwartek, 11 lipca zadzwonił telefon alarmowy. Padło hasło, że płocki batalion jest potrzebny do poszukiwań. – Wziąłem w piątek w pracy urlop na żądanie i pojechałem na całe trzy dni - dodaje starszy szeregowy Sławomir Miszczak. Na co dzień magazynier.
Przypomnijmy, chłopiec po raz ostatni widziany był w środę, 10 lipca o godz. 17.00 w Grodzisku Mazowieckim. Z domu zabrał go ojciec i odjechał w nieznanym kierunku szarą skodą fabią. Cztery godziny później tata dziecka w akcie samobójczym skoczył pod pociąg. Poniósł śmierć na miejscu. Wcześniej kontaktował się z matką Dawidka, informując ją, że nigdy nie zobaczy syna. Skodę odnaleziono niedaleko miejsca tragedii. Chłopca w niej nie było. W nocy z 10 na 11 lipca policja rozpoczęła poszukiwania dziecka. Z zebranych policyjnych informacji wynikało, że mężczyzna mógł poruszać się na trasie pomiędzy Grodziskiem Mazowieckim a lotniskiem Okęcie, gdzie ojciec miał zabrać Dawidka, aby obserwować samoloty.
Istotny był też teren od miejsca zostawienia samochodu do torów, gdzie zginął ojciec chłopca, a także rejon odcinka autostrady A2 pomiędzy Grodziskiem Mazowieckim a Warszawą, gdzie według informatorów była widziana skoda, którą poruszał się mężczyzna z dzieckiem. To ogromny areał do sprawdzenia. Szybko podjęto decyzję, by zwiększyć siły. Stąd w poszukiwania 5-latka włączyły się także inne służby, w tym właśnie żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej z 6 Mazowieckiej Brygady OT. Pierwszego dnia 65 żołnierzy przeszukiwało teren Piastowa. Niestety, bezskutecznie. Dzień później w teren wyszło już blisko 200 żołnierzy. Wtedy właśnie zaangażowano żołnierzy z kolejnych batalionów w tym lekkiej piechoty z Płocka, a także z Grójca oraz Radomia. Prowadzili działania na terenie gminy Ożarów Mazowiecki w okolicach Konotopa, gdzie był sygnał, że ojciec Dawidka dwukrotnie się zatrzymywał.
Przeczesali 1000 hektarów
– Jak się dowiedziałem, że nasz brygada ma brać udział w poszukiwaniach chłopca, od razu wziąłem urlop na żądanie – mówi Sławomir Miszczak. Podobnie zareagowało wiele innych osób. – Na co dzień normalnie pracujemy. Pracodawcy różnie patrzą na nasze wyjazdy na szkolenia, czy obowiązkowe rotacje. Dla nich liczy się fakt, że w danym dniu nie mają pracownika na stanowisku. Czasem pokutuje też przekonanie, że my tylko biegamy po lasach. W tym przypadku było zdecydowanie łatwiej z wzięciem wolnego w pracy. W końcu sprawą zaginionego chłopca żyła cała Polska – dodaje Mariusz Milewski.

Blanka Stanuszkiewicz-Cegłowska
fot. Łukasz Zaleski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze