Piszę ten tekst w okresie przedświątecznym, toteż pozwolę sobie na temat lżejszy, nawet niżby to wynikało z definicji felietonu. A pretekst to wynik zabawy administratorów internetowego kanału reprezentacji Polski w piłce nożnej, którzy wykorzystali sztuczną inteligencję do wytypowania reprezentacyjnej jedenastki wszech czasów. Efekt? Jan Tomaszewski - Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Michał Żewłakow - Grzegorz Lato, Zbigniew Boniek, Kazimierz Deyna, Andrzej Szarmach - Gerard Cieślik, Włodzimierz Lubański, Ernest Wilimowski.
Cóż, jestem kibicem na tyle zaawansowanym wiekowo, że z tego grona nie miałem przyjemności oglądać w akcji tylko dwójki Cieślik, Wilimowski. Ich miejsca w jedenastce wszech czasów jednak kwestionować nie zamierzam, bo to postaci legendarne. Ale chcę się z Szanownymi Czytelnikami podzielić kilkoma refleksjami „w temacie” tego zestawienia. Pierwsza dotyczy odwiecznego problemu reprezentacji Polski bodaj od czasów Adama Musiała, czyli obsady lewej obrony. Rozwiązania nie widać. Jeśli miałbym coś sugerować selekcjonerom kadry, to… Lata lecą i warto może rozważyć przekwalifikowanie „Lewego”? Historia zna takie przypadki. Wystarczy jedno nazwisko – Łukasz Piszczek! Ale wróćmy do naszego zestawienia. Pojawia się tu nazwisko, które „nie pasuje” do pozostałych. Michał Żewłakow… Jak porównać jego reprezentacyjne czy klubowe osiągnięcia z tym, co ma na koncie pozostała dziesiątka? Broni go chyba tylko statystyka. Sto dwa mecze w reprezentacji Polski. Jeżeli już, to na lewej obronie widzę wspomnianego Musiała albo Zygmunta Anczoka, złotego medalistę olimpijskiego z Monachium, i jako ciekawostka, powołanego do reprezentacji reszty świata na mecz pożegnalny Lwa Jaszyna. Obok Lubańskiego i takich gwiazd jak Pele, Eusebio, Franz Beckenbauer, Bobby Charlton, Gerd Mueller. Tak, pamiętam i takie wydarzenia z prehistorii futbolu.
I druga kontrowersja to środkowy napastnik. Jest Lubański, nie ma Lewandowskiego. W ogóle nie zmieścił się w jedenastce! Z jednej strony to przecież jedenastka wszechczasów reprezentacji. A tu za „Lewym” przemawia w zasadzie tylko statystyka (patrz Żewłakow). Sto czterdzieści meczów, siedemdziesiąt osiem goli. Lubański odpowiednio siedemdziesiąt pięć i czterdzieści osiem. Ale już średnia… Lubański 0,64 gola na mecz, Lewandowski 0,56...
Z ostawmy jednak te dane liczbowe. Naprawdę ciekawe wydaje się pytanie, jakie osiągnięcia zapisałby w historii polskiej piłki Lubański. gdyby nie feralne „spotkanie trzeciego stopnia” z angielskim „dżentelmenem” Royem McFarlandem w Chorzowie 6 czerwca 1973 r. I drugie. Gdyby w słynnej jedenastce Kazimierza Górskiego na Mundialu w siedemdziesiątym czwartym roku na środku ataku grał Robert Lewandowski… Po latach zdystansował wszak Gerda Müllera!
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze