„Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach. Nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście.” Zapomnieliśmy o tym, my, mieszkańcy szczęśliwego świata, a taki dzień nadszedł i już tego odwrócić nie możemy. Nawiedziła nas dżuma nie ta dosłowna, ale coś bardzo podobnego, równie niebezpiecznego, nieprzewidywalnego, co mimo ogromnego postępu medycyny wzbudza strach, rodzi niepewność. Zbyt pewni siebie uwierzyliśmy, że po strasznym wieku totalitaryzmów nie czeka nas już nic złego, że zła historia już się skończyła. Koniec złej historii wieszczyli nawet filozofowie, tymczasem niewiele było trzeba, żeby nasz piękny, szczęśliwy świat stanął na krawędzi. Ten sam świat, który wydawał się tak doskonale zorganizowany. Świat liberalnej demokracji, praw człowieka, wolności, tolerancji, rynku, wciąż pnących się w górę indeksów giełdowych. Świat, którego, tak nam się wydawało, nic nie było w stanie przewrócić. Świat otwarty geograficznie i mentalnie, otwarty na inność kulturową, obyczajową, świat nieustannego postępu, nie zawsze dobrego, świat młody, rozbawiony, wiecznie imprezujący. Świat bez granic, ale też, niestety, bez hamulców.
Taki świat nagle się zachwiał. Jeszcze nie upadł, jeszcze się broni, walczy, oby starczyło mu sił, determinacji, woli, dyscypliny, powagi, bo nie wszyscy ją mają. A walka, która trwa, wymaga dyscypliny i powagi. Zabrakło jej na początku, w styczniu, kiedy docierały pierwsze sygnały z Chin, sygnały spóźnione o całe dwa miesiące. Nie mieliśmy czasu, aby się przygotować, nie wiedzieliśmy, jak poważna jest sytuacja. Komunistyczne Chiny okłamały świat, ukrywały prawdę, ale przegrały z prawdą. Kiedy poinformowały o problemie Światową Organizację Zdrowia (31 grudnia), a cały świat w drugiej połowie stycznia, było już za późno, tym bardziej, że z zamkniętej prowincji Hubei i z miasta Wuhan zdążyły uciec i rozproszyć się po świecie miliony ludzi. Dziś Chiny udają, że opanowały sytuację, ale prawda może się okazać dużo brutalniejsza. Korespondenci z wolnego Tajwanu alarmują, że wokół miasta Wuhan wciąż odbywają się masowe pochówki, że chińskie sieci komórkowe straciły w ostatnich tygodniach miliony abonentów.
Jaką naukę może dać „ten dzień” światu, który uwierzył w globalizację, w wolny rynek, kapitalistyczny wyścig szczurów, w którym silni umacniają swoją siłę, a słabi giną, marnieją bez sentymentu ze strony tych pierwszych? Światu, który uwierzył w społeczeństwo otwarte do takich granic, że zaczęły zanikać narody, odrębności kulturowe, przejrzyste, bo pielęgnowane dotąd w ramach kultur, zasady moralne. Światu, który wyrzekł się swego Stwórcy, powiedział Mu „nie” przede wszystkim w sferze etycznej, licząc na to, że może to uczynić bezkarnie. Światu, który zamienił kościoły na puby, centra sztuki, rozrywki, zabawy, pyszniąc się, że nie będą mu już więcej potrzebne. Jakżeż niezwykle w tych dniach Wielkiego Postu czasu zarazy zabrzmiały dźwięki dzwonów ostatnich kościołów Francji. Czy te dźwięki skierują uwagę przestraszonej Europy na „Pana i Jego potęgę, na Jego cuda, znaki i wyroki”, a w końcu na „Jego obietnicę”, pamięć której w tych dniach znowu będziemy świętować – czy inaczej, uważniej, bardziej na serio niż zwykle? Takiego świętowania Państwu życzę w ten trudny, ale nie beznadziejny czas Wielkiej Nocy.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze