W listopadowy wieczór Stowarzyszenie Rodzin Katolickich Diecezji Płockiej i Polski Związek Katolicko-Społeczny zorganizował wieczór wspomnień. Wspominano tych, którzy przeminęli oraz tych, którzy przemijają z daleka od Ojczyzny.A to za sprawą zaproszonego gościa – Anatola Diaczyńskiego, pisarza, autora książki „To my jesteśmy, Polsko!”, opowiadającej o losach Polaków z Kazachstanu. Refleksjom towarzyszyły recytacje wierszy polskich poetów, lektura prezentowanej książki oraz wspólny śpiew pieśni patriotycznych i żołnierskich. Anatol Diaczyński, potomek polskich zesłańców (ur. 1951 we wsi Zielony Gaj) przyjechał do Polski wraz rodziną (żona, trzy córki, rodzice) z Kazachstanu w 1996 r. Mieszka w Stalowej Woli, gdzie pracuje w Domu Kultury. Jest absolwentem Literackiego Instytutu im. Gorkiego w Moskwie, autorem m.in. powieści „Myśmy do stepów unieśli Ojczyznę” oraz zbioru opowiadań „Legendy stepowe”. W 1998 r. został członkiem Związku Literatów Polskich. Jego rodzina została wywieziona przez Sowietów do Kazachstanu w 1936 r. w pierwszej fazie zsyłki,. (szansę powrotu miała druga fala, ta z 1941 r.). Diaczyński jest pierwszym z kazachskich Polaków, którzy podjęli ten temat. Jego książka „To my jesteśmy, Polsko!” jest dokumentem biograficznym, który w sposób sfabularyzowany opowiada o losach dziadka i jego rodziny: - Mój dziadek pochodził z Łodzi, ale jako młody chłopak osiedlił się w okolicach Żytomierza. Ożenił się po wojnie bolszewickiej. W latach 30. razem z rodziną został wywieziony do północnego Kazachstanu. Mieszkał we wsi zbudowanej w szczerym stepie. Po półtora roku został rozstrzelany przez NKWD. Została żona z czworgiem dzieci. Mój ojciec miał wtedy 10 lat – opowiadał Diaczyński. Najgorzej było za Stalina, kiedy Polacy wciąż musieli pracować na potrzeby frontu. Za Chruszczowa trochę zmniejszono podatki i nie trzeba już było systematycznie rejestrować się w Radzie Miejskiej. Zniesiono też zakaz chodzenia bez pozwolenia do sąsiednich wsi. Mówić o swej polskości można było zacząć dopiero za Gorbaczowa. Do tego czasu języka polskiego używano tylko w ukryciu, w domu. Z czasem Polacy mogli uczyć się we wszystkich dostępnych szkołach. Powstawały polskie związki i stowarzyszenia kulturalno-oświatowe. Diaczyński zaczął przyjeżdżać do Polski na kursy językowe do Lublina (pierwsze książki pisał po rosyjsku). W międzyczasie szukał rodziny za pośrednictwem PCK i Archiwum Państwowego. Udało się odnaleźć do dziś mieszkających w Łodzi stryjecznych braci ojca. W Kazachstanie mieszka jeszcze jego siostra i rodzina żony, bo na przenosiny nie ma pieniędzy. W Kazachstanie żyje się co najmniej ciężko: - Wszystkie narodowości żyją w nędzy, brak światła i ogrzewania. Do tego grasuje wielu tzw. mafiosów. Wyjechali prawie wszyscy Niemcy, dużo Rosjan i Białorusinów. Polaków mało, bo tylko się mówi o potrzebie repatriacji, a nic w tym celu nie robi. Lokalnym władzom jesteśmy obojętni, upadły zakłady, a kołchozy ledwie dyszą – relacjonuje Anatol Diaczyński. Do zachowania wiary i polskości w znaczącej mierze przyczynił się Kościół katolicki. Decyzją władz księża zmieniali się co prawda często, bo co roku albo co dwa lata, ale wszyscy potajemnie uczyli Polaków ich narodowego języka. Zapytany o następną książkę pisarz odpowiedział, że poczeka do czasu, aż rozpocznie się repatriacja. Do tej pory do Polski wróciło 2 tys. rodzin z Kazachstanu. Zgodnie z ustawą o repatriacji jej koszt spoczywa na barkach państwa. (eg) Fot. z archiwum Na zdjęciu: Anatol Diaczyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze